Przez trzy lata codziennie czytałam gazetę panu Władkowi z parteru, bo przez zaćmę nie widział liter. Wiosną syn zabrał go do Torunia. Wczoraj przyszła kartka pisana jego ręką: „operacja się udała, teraz ja będę pani czytał przez telefon”.
Kartka leżała w skrzynce między ulotką z pizzerii a rachunkiem za gaz. Widokówka z toruńską starówką, krzywo naklejony znaczek, a na odwrocie litery tak wielkie i koślawe, jakby ktoś stawiał je palcem na zaparowanej szybie. Poznałam to pismo od razu, chociaż widziałam je wcześniej tylko raz - na pożółkłej karteczce przyczepionej magnesem do jego lodówki, sprzed lat, kiedy jeszcze sam robił listę zakupów.
„Pani Lucynko. Operacja się udała. Teraz ja będę pani czytał przez telefon. W.” A pod spodem numer komórki, każda cyfra osobno, starannie, jak w zeszycie pierwszoklasisty.
Stałam na klatce z tą kartką w ręku i nie mogłam ruszyć na schody. Bo pan Władek nie mógł wiedzieć. A jednak wiedział.
Wszystko zaczęło się od listu z ZUS-u. Pan Władysław mieszkał pod jedynką, ja pod siódemką, na trzecim piętrze bloku na kieleckich Ślichowicach. Przez trzydzieści lat mówiliśmy sobie „dzień dobry” i nic więcej. On jeździł jako kolejarz, ja strzygłam i trwałowałam pół Kielc w zakładzie przy Sienkiewicza. Potem on owdowiał, ja owdowiałam, córka wyjechała mi do Dublina, a ręce na emeryturze dalej szukały roboty.
Któregoś ranka zobaczyłam go przy skrzynkach. Trzymał kopertę tuż przy nosie i obracał ją, jakby szukał w niej dziury.
- Pani mi powie, co tu stoi, bo ja już nic nie widzę - rzucił bez wstępów. - Zaćma. Na oba.
- A operacja? Panie Władku, przecież to teraz pół godziny...
- W moim wieku nikt mi oka kroił nie będzie. - Machnął ręką. - Halinka też miała być pół godziny. Wyszła po trzech tygodniach. W trumnie.
Nie dyskutowałam. Przeczytałam mu list, potem rachunek za prąd. A następnego dnia przyniosłam „Echo Dnia”.
Tak już zostało. Codziennie o dziewiątej pukałam pod jedynkę. On nastawiał czajnik - sobie herbata z cytryną w szklance z koszyczkiem, mnie w filiżance z kobaltowym wzorem, „bo pani to dama”. Czytałam mu nekrologi, bo „trzeba wiedzieć, kto jeszcze żyje”, wyniki Korony, ceny na targowisku i wszystko o kolei, przy czym kręcił głową i mruczał, że za jego czasów do Krakowa jechało się krócej. Kłóciliśmy się o polityków. Śmialiśmy się z horoskopów. Pierwszego listopada to ja zapalałam znicz na grobie pani Haliny, bo on sam już by nie trafił między alejkami.
Sąsiadki widziały wszystko. Krysia z drugiego piętra zaczepiła mnie kiedyś przy śmietniku.
- Lucynka, ty uważaj. Ludzie gadają, że koło mieszkania chodzisz.
- Jakiego mieszkania?
- No jego. Parter, czterdzieści osiem metrów, a syn daleko. Sama wiesz.
Nie wiedziałam. Wtedy jeszcze nie.
Półtora roku temu pan Władek odłożył łyżeczkę i oznajmił, że chce iść ze mną do notariusza. Że chce mi coś zapisać, „bo pani mi więcej dała niż rodzony syn”. Zrobiło mi się zimno. Powiedziałam, że jeśli jeszcze raz o tym wspomni, przestanę przychodzić. Obraził się na dwa dni. Trzeciego otworzył drzwi i nastawił czajnik, jak gdyby nigdy nic.
Nie wiem, czy powiedział o tym Darkowi. Darek przyjeżdżał z Torunia na święta i raz w lecie - porządny chłopak, inżynier, dwoje dzieci, kredyt na karku. Dzwonił do ojca co niedzielę, a mnie kiedyś na wszelki wypadek zostawił swój numer. Ale po tamtych świętach patrzył na mnie inaczej. Grzecznie. Za grzecznie.
Najgorsze było to, że od zeszłej zimy litery zaczęły uciekać także mnie. Najpierw drobny druk w programie telewizyjnym. Potem nekrologi. Odsuwałam gazetę coraz dalej, przysuwałam lampę, a i tak nazwiska zlewały mi się w jedną szarą plamę. Okulistka, do której czekałam na NFZ pięć miesięcy, powiedziała krótko: początki zaćmy, na razie obserwujemy. Sześćdziesiąt siedem lat. Nikomu nie powiedziałam. Jemu na pewno nie. Człowiek, który boi się szpitala jak ognia, nie musi wiedzieć, że jego jedyne oczy też zaczynają mętnieć.
Czytałam coraz wolniej. Wymyślałam, że okulary porysowane, że żarówka słaba. Pan Władek nic nie mówił. Tylko raz, kiedy trzeci raz zacięłam się na tym samym zdaniu, zapytał cicho:
- Pani zmęczona dzisiaj?
A ja się roześmiałam, że to od starości.
W marcu przewrócił się w łazience. Przeleżał na kafelkach całą noc, bo telefon został w kuchni. Znalazłam go o dziewiątej, z gazetą pod pachą. Pogotowie, szpital, na szczęście tylko pęknięte żebro i siniaki. Darek przyjechał następnego dnia. Stał w moim przedpokoju i nie zdjął kurtki.
- Dziękuję pani za wszystko. Naprawdę. Ale dalej już sobie poradzimy. Tata zamieszka u nas.
- Darku, on tam nikogo nie zna...
- Zna mnie. - Przełknął ślinę. - Pani Lucyno, ja wiem o tym notariuszu. Nie mówię, że pani coś... Ja po prostu nie chcę, żeby ktoś obcy decydował o moim ojcu.
Obcy. Trzy lata, codziennie o dziewiątej.
Wyjeżdżali w kwietniu, w pierwszy ciepły dzień, kiedy pod blokiem zakwitła mirabelka. Pan Władek ściskał moją rękę przez szybę samochodu i powtarzał, że to tylko na trochę, do wyzdrowienia. Darek patrzył przed siebie.
W maju zadzwonił do mnie kilka razy. Głos miał cichy, mówił, że synowa gotuje bez soli, że wnuki głośne, że gazet nikt mu nie czyta, bo wszyscy w pracy. Potem telefony się urwały. Kiedy ja dzwoniłam, odbierała synowa i mówiła, że tata śpi. Myślałam, że się przyzwyczaił. Albo że ktoś mu wytłumaczył, że tak będzie lepiej.
A teraz ta kartka. Siedziałam z nią przy kuchennym stole, trzymając ją na długość ręki, bo inaczej cyfry się rozmywały. „Teraz ja będę pani czytał”. Nie „zadzwonię”. Nie „wrócę”. Czytał. On wiedział. Wiedział przez cały ten czas, kiedy zwalałam wszystko na okulary - i dał sobie pokroić oko, czego bał się bardziej niż śmierci.
Zaczęłam wybierać numer. Zanim skończyłam, telefon zadzwonił sam. Na ekranie: „Darek syn p. Władka”.
- Pani Lucyno, przepraszam, że tak od razu. Tata mówił, że wysłał kartkę.
- Przyszła wczoraj. Darku, ja nie wiem, jak się cieszę...
- Właśnie dlatego dzwonię. - Zamilkł. W tle grał telewizor, ktoś płakał, chyba młodsze dziecko. - Ja panią bardzo proszę, niech pani do niego nie dzwoni. Po każdej rozmowie z panią przez tydzień pakował torbę. Chciał wracać. Do pustego mieszkania, na parter, gdzie przeleżał noc na podłodze. Teraz wreszcie chodzi z nami na spacery, do okulisty dał się zaprowadzić... Zgodził się, żebyśmy wystawili mieszkanie w Kielcach. Jak pani zadzwoni, znowu zacznie liczyć dni.
- A jeśli on właśnie tego chce...
- On ma osiemdziesiąt cztery lata i żebro, które zrastało się dwa miesiące. Ja nie mogę co tydzień jeździć trzysta kilometrów i sprawdzać, czy żyje. - Głos mu się załamał. - Pani myśli, że ja go nie kocham?
Nie myślałam tak. I to było najgorsze.
Kartka stoi teraz oparta o cukiernicę. Obok kobaltowa filiżanka, którą Darek przy wyprowadzce wcisnął mi do ręki, „bo tata kazał”. Codziennie rano kupuję „Echo Dnia” - z przyzwyczajenia, choć czytam już tylko nagłówki.
Zgodził się. Pan Władek, który przez trzy lata nie pozwolił mi przestawić krzesła w swojej kuchni.
Darek chce, żeby ojciec był bezpieczny. Pan Władek chce komuś czytać. A ja coraz częściej łapię się na tym, że nie wiem, czy chcę zadzwonić dla niego, czy dla siebie - bo litery na tej kartce rozmywają mi się z każdym dniem bardziej, a nikt inny nie zaproponował, że mi je przeczyta.
Numer znam już na pamięć. Telefon leży na stole ekranem do góry.