Synowa od urodzenia wnuka gotuje mu sama, z aplikacji, bo moja kuchnia jest „za tłusta, mamo”. W listopadzie mały przeleżał tydzień w szpitalu z zapaleniem płuc i po powrocie nic nie chciał jeść. W sobotę o siódmej rano zadzwoniła synowa: „Mamo, ugotujesz mu ten swój rosół z domowym makaronem? Mówi, że zje tylko babci”.

Wałkowałam ciasto na makaron o wpół do ósmej rano, w szlafroku, z mąką po łokcie, a w głowie wciąż dzwoniło mi jedno słowo. Babci. Nie mamy, nie z aplikacji. Babci.

Kura leżała już w garnku. Od czterdziestu lat w sobotę rano mam w lodówce kurę rosołową z piątkowego targu - nawet teraz, kiedy gotuję tylko dla siebie i połowę zamrażam. Mój Zdzisiek śmiał się, że gdyby wybuchła wojna, ja bym najpierw poleciała po kurę, a potem do piwnicy. Zdziśka nie ma od sześciu lat. Kura dalej jest.

Opaliłam cebulę nad gazem, aż zaczerniała. Marchew, pietruszka, kawałek selera, liść laurowy, ziele angielskie, gałązka lubczyku z doniczki na parapecie. Na najmniejszy ogień. Rosół nie lubi pośpiechu i nie lubi, jak się nad nim stoi z zegarkiem.

Natalia stoi nad wszystkim z zegarkiem. I z wagą. Odkąd urodził się Antoś, gotuje mu sama, według aplikacji w telefonie - tyle gramów kaszy jaglanej, tyle cukinii, na parze, bez soli. Na chrzcinach przyniosłam pierogi ze skwarkami, a ona odsunęła talerzyk sprzed małego i powiedziała, uprzejmie, z uśmiechem: „Mamo, pani kuchnia jest za tłusta. Nie dla dziecka”. Wtedy jeszcze mówiła do mnie „pani”. „Mamo” przyszło później, a „za tłusta” zostało na zawsze.

Obraziłam się, nie będę udawać. Trzydzieści lat prowadziłam zakład fryzjerski na Ustroniu, przez moje ręce przeszła połowa radomskich panien młodych i żadna nie umarła od mojego rosołu. Ale potem Paweł, mój syn, powiedział mi coś, czego Natalia nie mówiła nikomu. Jej ojciec dostał zawału przy stole, w niedzielę, po obiedzie. Miał pięćdziesiąt dwa lata. Natalia miała szesnaście i to ona dzwoniła po pogotowie.

Od tamtej pory nie pytałam już, czemu waży kaszę.

Tylko że latem Natalia dostała soboty w drogerii, gdzie jest kierowniczką zmiany. I Paweł zaczął przywozić mi Antosia. Pierwszy raz stanął w drzwiach z torbą pełną słoiczków od żony, podrapał się po karku i powiedział:

- Mama, on tego nie chce. Siedzi nad tym i płacze. Masz może rosół?

Miałam. Zawsze mam. Antoś zjadł dwa talerze, a domowy makaron nazwał „nitkami”. Przy drzwiach Paweł się roześmiał, ale tak jakoś krzywo:

- Tylko Natalce nie mów, dobra? Po co ma się denerwować.

I nie mówiłam. Całe lato, co drugą sobotę. Zbierałam tłuszcz łyżką, bardziej niż kiedykolwiek, ale nie do końca. Rosół bez oczek to nie rosół, tylko woda po kurze. Wmawiałam sobie, że to nic takiego. Że babcia ma prawo. Że przecież nikomu nie dzieje się krzywda.

W listopadzie Antoś zachorował. Najpierw kaszel, potem gorączka, której nie dało się zbić, a w końcu tydzień w szpitalu, kroplówka, zdjęcie płuc. Jeździłam do niego autobusem, siadałam przy łóżku i czytałam mu o Koziołku Matołku, dopóki pielęgniarka nie wyprosiła. Natalia spała na rozkładanym fotelu obok i przez cały tydzień zamieniłyśmy może dwadzieścia słów.

Wrócił do domu chudy jak patyk i nie chciał jeść. Niczego. Paweł dzwonił do mnie wieczorami, szeptem, z balkonu. Że kupili jakieś koktajle w aptece. Że lekarka mówi, żeby nie zmuszać. Że Natalia nie śpi i liczy mu łyżki.

- Ugotuję mu coś - powiedziałam w środę.

- Nie, mamo. Natalia mówi, że sobie poradzimy.

A w sobotę o siódmej rano zadzwoniła ona. Głos miała zachrypnięty, jakby nie spała dwie noce.

- Mamo, ugotujesz mu ten swój rosół z domowym makaronem? Mówi, że zje tylko babci.

Stałam w przedpokoju w jednym kapciu i nie mogłam nic powiedzieć. Bo w tym zdaniu było wszystko. Ten swój. Mówi, że zje tylko babci. Skąd czteroletnie dziecko miałoby wiedzieć, jaki rosół gotuje babcia?

- Od kiedy wiesz? - zapytałam w końcu.

Długo milczała.

- Od wczoraj. Powiedział, że u babci są nitki. Mamo, proszę. Nie teraz.

Rosół pyrkał trzy godziny. Makaron pokroiłam cieniutko, tak jak lubi, i rozłożyłam na ściereczce, żeby przesechł. Przelałam wszystko do dużego słoika, owinęłam ręcznikiem. O jedenastej przyjechał Paweł. Przez całą drogę się nie odezwał, dopiero pod blokiem zgasił silnik i powiedział do kierownicy:

- Nie krzyczała na mnie. Wolałbym, żeby krzyczała.

Kuchnia Natalii jest jasna, czyściutka, na blacie elektroniczna waga, obok telefon z otwartą aplikacją. Antoś siedział na krzesełku przy stole, blady, z podkrążonymi oczami, owinięty kocykiem w dinozaury. Kiedy mnie zobaczył, nie uśmiechnął się nawet. Popatrzył tylko na słoik.

Podgrzałam, nalałam, wrzuciłam nitki. Natalia stała przy oknie, plecami do nas, z rękami skrzyżowanymi na piersi.

Pierwsza łyżka. Druga. Potem Antoś złapał talerz obiema rączkami i zaczął pić prosto z brzegu, jak stary chłop na weselu. Paweł wyszedł do przedpokoju. Ja patrzyłam na plecy Natalii i widziałam, jak drżą jej ramiona.

- Ile tam jest tłuszczu? - zapytała, nie odwracając się.

- Tyle, ile trzeba.

- Babcia, jeszcze nitki - powiedział Antoś.

Zjadł dwa talerze. Potem zasnął na kanapie z łyżką w garści.

Natalia odprowadziła mnie do drzwi. Oczy miała czerwone, ale głos już spokojny.

- Dziękuję, mamo. I przepraszam za to „za tłusta”. To było niepotrzebne.

Już miałam ją objąć, kiedy dodała:

- Ale wy mnie okłamywaliście przez całe lato. Oboje. Paweł to Paweł, wiem, jaki jest. Ale mama?

- To on mnie prosił.

- A mama się zgodziła.

Nie miałam na to odpowiedzi. Nie mam jej do dzisiaj.

Tydzień później przyszedł od niej SMS. „Mamo, czy mogłaby mi Mama napisać przepis na ten rosół? Dokładnie, w gramach. Wpiszę do aplikacji, żeby nie musiała się Mama fatygować za każdym razem”.

Siedziałam nad tym telefonem pół wieczoru. Napisałam przepis. Skasowałam. Napisałam jeszcze raz, z lubczykiem i cebulą opaloną nad gazem. Skasowałam znowu. W końcu wysłałam: „Przyjedźcie w niedzielę, to Ci pokażę. Rosołu nie da się zważyć”.

Odpisała po dwóch godzinach. Jedno słowo: „Dobrze”. Bez „mamo”.

Krysia z parteru mówi, że jestem stara uparta baba i że trzeba było po prostu napisać, co mi szkodzi. Moja siostra mówi, że dobrze zrobiłam, bo jak synowa dostanie przepis, to już nigdy nie zadzwoni. A ja sama nie wiem, czego tak naprawdę wtedy pilnowałam - rosołu, wnuka czy siebie.

Nie wiem, czy w niedzielę przyjdą. Ale w sobotę rano kupiłam na targu dwie kury.