Od śmierci męża co sobotę jeżdżę na jego grób — dwoma autobusami. Syn mieszka pięć minut od cmentarza. Poprosiłam, żeby przed Wszystkimi Świętymi pomógł mi umyć pomnik. Przysłał link: „mamo, są firmy, sto dwadzieścia złotych i po kłopocie”

Szczotka ryżowa zgubiła już połowę włosia, a ja wciąż szorowałam ten sam róg płyty, jakby od tego zależało, czy Zdzisław będzie miał tam, na górze, czysto. Woda w wiadrze zrobiła się szara po pięciu minutach. Do kranu przy alejce chodziłam trzy razy, z kolanami, które po czterdziestu latach stania przy fotelu fryzjerskim pamiętają każdy krawężnik.

Telefon miałam w kieszeni kurtki. Nie musiałam go wyjmować, żeby wiedzieć, co tam jest. Kolorowy obrazek z błyszczącym nagrobkiem, napis o kompleksowej opiece nad grobami. A pod spodem wiadomość od mojego syna: „mamo, są firmy, sto dwadzieścia złotych i po kłopocie”.

Po kłopocie. Tak napisał o własnym ojcu.

W grudniu miną dwa lata, odkąd Zdzisław nie obudził się po nocy. Zawał, we śnie, w wieku sześćdziesięciu siedmiu lat. Lekarz powiedział, że to najlepsza śmierć, jaką można dostać. Może dla niego. Ja zostałam z meblościanką pełną jego kolejarskich czapek, z kapciami pod łóżkiem, których przez pół roku nie umiałam wynieść, i z sobotami.

Bo sobota jest jego. Wstaję o siódmej, pakuję znicz, ściereczkę, butelkę wody. Z Czechowa autobusem do centrum, przesiadka, drugim na Majdanek. Godzina w jedną stronę, jak dobrze trafię. Na przystanku przy cmentarzu zawsze myślę to samo: Grzesiek mieszka stąd pięć minut piechotą.

Kupili z Olą mieszkanie na Felinie trzy lata temu. Kredyt na trzydzieści lat, dwoje dzieci, Kuba w drugiej klasie, Zuzia w przedszkolu. Grzegorz pracuje z domu, przy komputerach, dla jakiejś firmy z Wrocławia. Zawsze mówiłam sąsiadkom, że mam szczęście, bo syn blisko ojca. Wychodziło na to, że tylko kilometrami.

W środę zadzwoniłam do niego.

- Grzesiu, w sobotę byśmy umyli pomnik przed świętem. Ty masz samochód, wodę byśmy wzięli z domu, bo tam ten kran ledwo cieknie…

- Mamo, w sobotę Kuba ma basen. - Westchnął tak, że aż mi się zrobiło głupio. - Zobaczę, dobra?

Wieczorem przyszedł link.

Nie odpisałam. Siedziałam w kuchni nad herbatą, która dawno wystygła, i patrzyłam na ten błyszczący nagrobek na zdjęciu. Czyj on w ogóle był? Pewnie jakiegoś obcego człowieka, którego dzieci też nie miały czasu.

Więc w sobotę pojechałam sama, z wiadrem w torbie na zakupy. I szorowałam.

- Pani Danusiu, a pani znowu na kolanach?

Pani Lucyna ma męża dwa rzędy dalej. Mieszka po drugiej stronie ulicy, więc przychodzi codziennie, z samego rana, jak tylko otwierają bramę. Wdowa jak ja, tylko o dziesięć lat dłużej, i może dlatego zawsze wie wszystko o wszystkich grobach w naszej kwaterze.

- Syn nie ma czasu - powiedziałam. - Przysłał mi link do firmy.

Pani Lucyna zmarszczyła brwi.

- Jak to nie ma czasu? Przecież on tu jest częściej niż pani.

Szczotka wypadła mi z ręki prosto do wiadra.

- Rano - ciągnęła, jakby mówiła o pogodzie. - Ze trzy, cztery razy w tygodniu. Przychodzi z kubkiem kawy, staje tu, gdzie pani klęczy, i gada. Na głos. Raz to tak krzyczał, że myślałam, że ktoś z administracji przyjdzie. Ja nie podsłuchuję, pani Danusiu, ale na cmentarzu o siódmej rano słychać każde słowo.

- Co krzyczał?

Spojrzała na mnie dłużej, niż było trzeba.

- Niech pani syna zapyta.

Nie dokończyłam mycia. Wzięłam wiadro z szarą wodą i poszłam na Felin. Pięć minut. Rzeczywiście pięć minut.

Otworzył w kapciach, z Zuzią na biodrze. Za nim w mieszkaniu grała jakaś bajka.

- Mama? Co się stało?

- Pani Lucyna mówi, że ty tam chodzisz. Rano.

Postawił Zuzię na podłodze, kazał jej iść do Oli. Potem wyszedł na klatkę i przymknął drzwi. Długo milczał.

- Chodzę.

- To po co mi ten link przysłałeś? Grzesiu, ja jeżdżę dwoma autobusami, a ty stoisz tam z kawą i…

- Bo jak jestem tam z tobą, to muszę słuchać, jaki on był dobry. - Powiedział to cicho, ale tak, że aż się cofnęłam. - Jaki pracowity, jaki porządny, jak cię kochał. A ja tam chodzę, żeby mu powiedzieć, jaki był naprawdę.

- Grzegorz…

- Pamiętasz, jak byłaś w Nałęczowie w sanatorium? Miałem szesnaście lat. Wrócił z nocki i znalazł papierosy w mojej kurtce. Przez dwa tygodnie chodziłem w golfie. W maju, mamo.

Pamiętałam ten golf. Pamiętałam, że pomyślałam wtedy: dziwny ten chłopak, w taki upał. Pamiętałam, że powiedział mi coś o bójce na boisku. I że Zdzisław siedział przy stole i potakiwał.

- To był jeden raz - wyszeptałam.

- To był jeden raz, kiedy cię nie było. Kiedy byłaś, wystarczyło, że na mnie spojrzał. - Przetarł twarz dłonią. - Ja go nie nienawidzę. Naprawdę. Chodzę tam, bo jak żył, to nigdy mi nie dał skończyć zdania. A teraz już mi nie przerwie. Ale szorować mu nagrobek na kolanach? Nie umiem, mamo. Sto dwadzieścia złotych to jest wszystko, co mogę mu dać. I tak sporo.

Na dole trzasnęły drzwi od klatki. Ktoś wszedł z zakupami, minął nas, powiedział „dzień dobry”. Odpowiedzieliśmy oboje, jednocześnie, tym samym grzecznym tonem. Tak jak przez całe życie odpowiadaliśmy sąsiadom.

Wróciłam do domu dwoma autobusami. Wiadro z brudną wodą wylałam dopiero w łazience, w bloku.

Tamtej nocy nie spałam. Wyciągnęłam album ze zdjęciami i oglądałam je jak cudze. Zdzisław na weselu Grzegorza - stoi z boku, z rękami w kieszeniach, nie wzniósł ani jednego toastu za syna. Zdzisław przy komunii - dłoń na ramieniu chłopca, mocno, za mocno. Wcześniej widziałam na tych zdjęciach męża, który nie lubił się fotografować. Teraz nie wiedziałam już, co widzę.

Ale pamiętałam też inne rzeczy. Że przez czterdzieści lat ani razu nie zapomniał o moich imieninach. Że kiedy miałam operację, spał na krześle przy szpitalnym łóżku, chociaż go wyganiali. Że to był ten sam człowiek. I to jest najgorsze - że to był ten sam człowiek.

Pierwszego listopada przyszliśmy wszyscy. Ja, Grzegorz, Ola, dzieci. Pomnik był czysty, bo w piątek dokończyłam go sama. Zuzia pytała, czemu dziadek ma tyle zniczy, a Kuba poprawiał chryzantemy.

Grzegorz przyniósł jeden znicz. Zapalił go i postawił nie na płycie, tylko obok, na żwirze. Postał chwilę z rękami w kieszeniach. Nic nie powiedział. Ja też nie zapytałam.

Myję ten pomnik dalej, co sobotę. Ludzie z sąsiednich grobów mówią, że lśni najbardziej w całej kwaterze. Czasem myślę, że Grzegorz ma rację i że ja od dwóch lat szoruję kamień tylko po to, żeby nie musieć patrzeć na to, co pod nim. A czasem myślę, że mój syn nauczył się od ojca jednej rzeczy - jak zostawić całą robotę mnie.

Firmy nie zamówiłam. Link wciąż mam w telefonie.