Lekarka rodzinna przy mierzeniu ciśnienia zapytała, czy to prawda, że coraz częściej się gubię, "bo syn dzwonił i bardzo się martwi". Od operacji biodra syn ma moje pełnomocnictwo do ZUS-u. W piątek przywiózł do podpisania jeszcze jedno, do mieszkania, "tak na wszelki wypadek".
Mankiet ciśnieniomierza zaciskał mi się na ramieniu, kiedy doktor Wójcikowa, nie odrywając wzroku od wyświetlacza, zapytała:
- Pani Halino, a jak tam z pamięcią? Bo syn dzwonił. Bardzo się martwi. Mówi, że coraz częściej się pani gubi.
Powietrze syknęło z rękawa. Sto czterdzieści osiem na dziewięćdziesiąt. Pół godziny wcześniej, na automacie w poczekalni, miałam sto trzydzieści.
- Gubię? - powtórzyłam. - W czym ja się niby gubię?
Doktor odłożyła ciśnieniomierz i spojrzała na mnie tym łagodnym, ostrożnym wzrokiem, którym patrzy się na kogoś, komu trzeba coś powiedzieć delikatnie. Znałam to spojrzenie. Przez trzydzieści osiem lat sama tak patrzyłam na rodziców, którzy nie chcieli przyjąć, że ich dziecko nie zda z matematyki.
- Pan Dariusz mówił, że myli pani leki. Że dzwoni pani do niego w nocy i pyta, jaki jest dzień. Że zostawiła pani klucze w zamku od zewnątrz.
Wszystko to się zdarzyło. W styczniu.
Wyszłam z przychodni na Zaodrzu z receptą w jednej ręce i laską w drugiej. Dopiero na przystanku dotarło do mnie, co mnie uwiera. Nie to, że Darek zadzwonił do lekarki. Tylko to, że zadzwonił w tym samym tygodniu, w którym przywiózł mi papiery od notariusza.
W piątek wpadł jak zwykle, w przelocie, z blachą drożdżowego od Moniki. Położył na stole zieloną teczkę.
- Mamo, tu masz projekt. Notariuszka przyjedzie w środę do domu, żebyś się z tym biodrem nie tłukła po mieście. Pełnomocnictwo do mieszkania. Tak na wszelki wypadek.
- Na jaki wypadek?
- No, różnie bywa. Jakby coś z rurami, ze spółdzielnią, jakbyś znowu trafiła do szpitala. Żebym mógł działać, a nie latać z każdym papierkiem do ciebie.
Okulary miałam w pokoju, on się spieszył po młodego do przedszkola. Odłożyłam teczkę na półkę meblościanki, obok kryształowego wazonu po mamie. Nie przeczytałam. Bo po co? To był Darek.
W styczniu, po dwóch latach czekania w kolejce na NFZ, dostałam w końcu nowe biodro. Operacja poszła dobrze, gorzej było potem. Po narkozie i lekach przeciwbólowych noce robiły się dziwne.
Budziłam się i nie wiedziałam, czy jest rano, czy wieczór. Raz wzięłam tabletki na ciśnienie dwa razy, bo nie pamiętałam, że już je wzięłam. Raz zadzwoniłam do Darka o piątej rano z pytaniem, czy dziś niedziela. Klucze w zamku - też prawda. Sąsiadka z dołu przyniosła mi je wieczorem, kręcąc głową.
Darek przyjeżdżał wtedy codziennie po pracy, z Malinki na Zaodrze, przez pół miasta. Robił zakupy, wynosił śmieci, ustawiał mi leki w pudełku z przegródkami na cały tydzień. To on przyniósł druk z ZUS-u i powiedział: podpisz, mamo, będę za ciebie załatwiał, ty masz leżeć. Podpisałam bez czytania. Byłam mu wdzięczna. Jestem nadal.
Po powrocie z przychodni zdjęłam teczkę z meblościanki, nastawiłam wodę na herbatę i usiadłam w kuchni z okularami.
Pełnomocnictwo do zarządu i rozporządzania lokalem mieszkalnym. Sprzedaż. Darowizna. Obciążenie hipoteką. I na samym końcu, drobniejszym drukiem: "w tym z prawem do zawierania umów z samym sobą".
Nie trzeba być prawnikiem, żeby to zrozumieć. Wystarczy umieć czytać treść zadania ze zrozumieniem, czego przez całe życie uczyłam w szkole dzieci, które chciały od razu liczyć, zanim doczytały do końca. Herbata wystygła. Siedziałam nad tą kartką długo, aż za oknem zapaliły się latarnie.
Nie zadzwoniłam do nikogo. Wyjęłam z szuflady czerwony długopis, ten sam, którym jeszcze niedawno poprawiałam wnukowi zeszyt. I zaczęłam skreślać.
We wtorek rano znowu siedziałam u doktor Wójcikowej.
- Pani doktor, proszę mnie zbadać. Porządnie. Na piśmie.
Popatrzyła na mnie, potem na kalendarz, i chyba coś zrozumiała, bo nie zadawała pytań. Narysowałam jej zegar ze wskazówkami na za dziesięć jedenastą. Powtórzyłam trzy słowa i po kilku minutach przypomniałam sobie dwa i pół. Odejmowałam siódemki od stu i ledwo powstrzymałam się od śmiechu, bo przez czterdzieści lat to ja dawałam takie zadania na rozgrzewkę.
- Dwadzieścia dziewięć na trzydzieści - powiedziała, wpisując wynik do karty. - Pani Halino, to, co było w styczniu, zdarza się bardzo często po operacji u osób w pani wieku. Narkoza, leki, ból, brak snu. To mija. U pani minęło.
Wydrukowała mi zaświadczenie. Złożyłam je na pół i schowałam do torebki, do przegródki, gdzie trzymam dowód osobisty.
Wieczorem zadzwoniłam do Darka.
- Przyjedź. Sam.
Przyjechał po ósmej, jeszcze w kurtce roboczej. Zobaczył na stole zieloną teczkę i od razu usiadł, jakby mu nogi zmiękły. Projekt leżał na wierzchu, cały w czerwonych kreskach, jak klasówka, która nie poszła.
- Mamo, to jest standardowy wzór. Notariuszka tak przygotowała.
- Umowa z samym sobą to też standard?
Milczał. Bawił się kluczykami od samochodu, przekładał je z ręki do ręki. Zawsze tak robił, jak był mały i coś przeskrobał.
- Po co dzwoniłeś do lekarki? - zapytałam.
- Bo się przestraszyłem. W styczniu nie wiedziałaś, jaki jest dzień. Chciałem, żeby cię przebadała. Ty byś sama nie poszła.
- A notariuszce też powiedziałeś, że się gubię?
Podniósł głowę. Zobaczyłam, że dopiero teraz to do niego dotarło.
- Nie.
Do lekarki - że matka się gubi. Do notariuszki - że matka jest w pełni sprawna i może podpisać. Policzyłam to sobie w głowie jak zadanie z dwiema niewiadomymi i nie spodobał mi się wynik.
- Mów, Darek. Wszystko.
I powiedział. Monika jest w ciąży, drugie dziecko w drodze. Ich dwa pokoje na Malince to czterdzieści osiem metrów, już teraz łóżeczko stoi w przedpokoju. Znaleźli trzypokojowe, ale bank policzył im zdolność i wyszło za mało. Doradczyni w banku powiedziała, że gdyby było dodatkowe zabezpieczenie na innej nieruchomości, na przykład rodziców, to sprawa wyglądałaby inaczej.
- Powiedziałbym ci - mówił do blatu, nie do mnie. - Jak już by było wiadomo, że bank daje. Nie chciałem cię denerwować przed czasem. I pomyślałem sobie, że skoro to mieszkanie i tak kiedyś...
Nie dokończył. Nie musiał.
Patrzyłam na niego i widziałam dwóch ludzi naraz. Tego, który w styczniu ustawiał mi tabletki w przegródkach i przyjeżdżał przez pół miasta w śnieg. I tego, który przy okazji tej troski uznał, że skoro matka już raz nie wiedziała, jaki jest dzień, to można za nią zdecydować o wszystkim. Najgorsze było to, że jeden nie wykluczał drugiego. Że on chyba naprawdę wierzył, że robi dobrze.
- Darek, posłuchaj. To mieszkanie to wszystko, co mam. Tu się zestarzeję, tu mam przychodnię, sąsiadkę, cmentarz z ojcem na piechotę. Jeśli wam się nie uda ze spłatą, bank nie przyjdzie do ciebie po pieniądze. Przyjdzie do mnie po mieszkanie.
- Nie dopuściłbym do tego.
- Ojciec też by do wielu rzeczy nie dopuścił. A potem umarł w trzy tygodnie.
Siedzieliśmy chwilę w ciszy. Lodówka brzęczała, na klatce ktoś trzasnął drzwiami.
- Hipoteki nie będzie - powiedziałam. - Ale jak Monika urodzi, wezmę Kubę po przedszkolu. Codziennie, do szóstej. Ona wróci szybciej do pracy, wam łatwiej będzie odłożyć. To mogę dać. Mieszkania nie.
Kiwnął głową. Nie wiem, czy był zły, czy mu ulżyło. Może jedno i drugie.
W środę przyjechała notariuszka, energiczna kobieta koło pięćdziesiątki z teczką pełną pieczątek. Przeczytała na głos nowy tekst - poprawiony według moich czerwonych kresek. Zarząd: opłaty w spółdzielni, awarie, liczniki, sprawy z administracją. Żadnej sprzedaży, żadnej darowizny, żadnej hipoteki. Zapytała mnie, czy rozumiem, co podpisuję, jaki mamy dzień i kto jest moim pełnomocnikiem. Odpowiedziałam na wszystko. Kiedy podpisywałam, ręka mi nie drżała.
Darek siedział przy oknie i patrzył na kasztany, które właśnie zakwitły pod blokiem. Kiedy notariuszka wyszła, odprowadził ją do drzwi, a potem wrócił do kuchni i stanął w progu.
- Przepraszam za tę lekarkę, mamo.
- Następnym razem jak się będziesz martwił, dzwoń do mnie. Nie do niej.
Pełnomocnictwo do ZUS-u zostawiłam. Niech załatwia te papiery, przy nich naprawdę mi pomaga. A zaświadczenie od doktor Wójcikowej włożyłam do szuflady w meblościance, pod książeczkę mieszkaniową.
Tak na wszelki wypadek.