Syn zaprosił mnie na tydzień do Zakopanego - "mama tylko zapłaci za pensjonat, bo my po remoncie". W poniedziałek z synową pojechali "na dwa dni do term na Słowacji", a mnie zostawili trójkę wnuków. Wrócili w sobotę rano, na wymeldowanie.

Pani Bronka zapukała za dwadzieścia dziesiąta, z kluczem od dwójki już w ręku.

- Pani Lucynko, wymeldowanie do dziesiątej. Ja nie poganiam, ale o dwunastej mam nowych gości z Gdańska.

- Wiem, pani Broniu. Pięć minut.

Pięć minut z trójką dzieci to kłamstwo, które każda babcia mówi z czystym sumieniem. Kuba siedział na podłodze i szukał drugiego sandała. Zosia płakała, bo misia zostawiliśmy wczoraj na Gubałówce i nikt jej nie umiał wytłumaczyć, że miś na pewno ma się dobrze. Oliwia stała przy oknie z czołem przyklejonym do szyby.

- Babciu, jadą!

Stary siedmioosobowy touran wtoczył się na żwir przed pensjonatem o 9:47. Wysiadł Grzesiek - opalony, wyspany, w nowych okularach przeciwsłonecznych. Za nim Magda, z mokrymi jeszcze włosami związanymi w kok i różową gumową opaską na nadgarstku. Taką z basenu, z numerem szafki. Taką, którą się oddaje przy wyjściu, chyba że człowiek jest tak zrelaksowany, że zapomni.

- No i jak tam moje szkraby? - Grzesiek rozłożył ręce, jakby wracał z wojska.

Dzieci pobiegły do niego. Ja zostałam na schodach z trzema plecakami i reklamówką mokrych ubrań, bo Kuba wczoraj wieczorem wszedł do potoku w nowych spodniach. Patrzyłam na tę różową opaskę i liczyłam. Poniedziałek, wtorek, środa, czwartek, piątek.

Dwa dni.

Trzydzieści lat byłam szefową zmiany w zakładzie opakowań na Widzewie. Ludzie przy mnie nie kłamali, bo kłamstwo widziałam po rękach - kto chowa, kto za szybko gestykuluje, kto nagle nie ma co z nimi zrobić. Grzesiek, kiedy podszedł mnie przytulić, trzymał ręce w kieszeniach do ostatniej chwili.

Wszystko zaczęło się w czerwcu, od telefonu we wtorek wieczorem. Syn dzwonił zawsze w niedzielę, zawsze z samochodu, zawsze w biegu. Wtorek oznaczał, że czegoś chce.

- Mamo, a może byś z nami pojechała do Zakopanego? Na tydzień, w sierpniu. Dzieci by się tobą nacieszyły.

- A stać was? Przecież dopiero kuchnię skończyliście.

- No właśnie... - zawiesił głos. - Po remoncie jesteśmy wyczyszczeni do zera. Mama by tylko zapłaciła za pensjonat, a resztę my. Paliwo, jedzenie, wszystko.

Pensjonat kosztował cztery tysiące dwieście złotych za tydzień - dwa pokoje, łazienka, śniadania. Odkładałam te pieniądze od półtora roku na mostek u dentysty, bo stara proteza uwierała tak, że jadłam po jednej stronie. Pomyślałam: zęby poczekają. Od śmierci Zdzisia nie byłam nigdzie dalej niż na cmentarzu na Zarzewie. A tu góry, wnuki i syn, który sam zaprasza.

Zaliczkę przelałam tego samego wieczoru.

Weekend był jak z pocztówki. Oscypki z żurawiną, Krupówki, Zosia, która bała się konia i jednocześnie chciała go pogłaskać. Tylko Magda była jakaś nieobecna. Spała do jedenastej, potem siedziała na balkonie z telefonem i patrzyła na Giewont, jakby czekała, że coś jej powie. Grzesiek chodził koło niej na palcach. Myślałam: zmęczeni po remoncie, każdy by był.

W poniedziałek przy śniadaniu Grzesiek odstawił kubek i powiedział lekko, za lekko:

- Mamo, a my byśmy skoczyli z Magdą do term na Słowację. Na dwa dni. To tu blisko, za Chochołowem. Dasz radę z dzieciakami? W środę jesteśmy z powrotem.

Magda patrzyła w talerz. Powiedziałam, że oczywiście. Która babcia powie, że nie?

Wyjechali o dziesiątej. Na stoliku zostawili kopertę z trzystoma złotymi "na obiady". Foteliki dzieci zostały w bagażniku touranu - zauważyłam to dopiero po południu, kiedy pomyślałam o taksówce do Morskiego Oka.

We wtorek wieczorem zadzwonił Grzesiek.

- Mamo, zostaniemy do czwartku, dobra? Magda pierwszy raz od roku przespała całą noc.

Coś w jego głosie sprawiło, że nie zapytałam, co to znaczy "pierwszy raz od roku". Powiedziałam tylko, żeby uważali na drodze.

W środę w nocy Zosia zaczęła gorączkować. Bez samochodu, bez fotelików, z dwójką śpiących dzieci w drugim pokoju. Zeszłam na dół w szlafroku i zapukałam do pani Bronki. Wyjęła z szafki syrop dla dzieci, zrobiła mi herbatę z cytryną i przesiedziała ze mną w kuchni do trzeciej, aż mała zasnęła mi na kolanach.

- Mój też taki był - powiedziała w pewnym momencie, nie patrząc na mnie. - Zawsze "na dwa dni".

Trzysta złotych skończyło się w środę. Dalej płaciłam z tego, co miałam odłożone na drogę.

W czwartek padało od rana. Telefon Grześka był wyłączony. Dzwoniłam jedenaście razy. Wieczorem przyszedł SMS od Magdy: "Przepraszamy. Wrócimy w sobotę rano. Prosimy, nie dzwoń".

To "prosimy, nie dzwoń" bolało bardziej niż te wszystkie dni razem.

A w piątek Oliwia, kolorując przy stole górala z owcą, zapytała, nie podnosząc głowy:

- Babciu, czy mama i tata się rozwodzą?

Odłożyłam kredkę, którą temperowałam.

- Skąd ci to przyszło do głowy?

- Bo w maju mama krzyczała, że albo coś się zmieni, albo ona się wyprowadza do cioci Agaty do Wrocławia. A tata potem płakał w samochodzie. Myślał, że śpię.

Nie skończyła górala.

W sobotę nie zrobiłam sceny przy dzieciach. Pakowaliśmy się w milczeniu, pani Bronka dała Zosi na drogę drewnianą ciupagę z kiosku, a ja oddałam klucz i podziękowałam jej tak, jak się dziękuje ludziom, przy których nie trzeba udawać.

Rozmowa odbyła się na stacji benzynowej pod Krakowem. Magda zabrała dzieci do środka po lody, my zostaliśmy przy plastikowym stoliku na zewnątrz. Grzesiek mieszał kawę, choć nie słodził.

- Dwa dni, Grzesiu.

- Mamo, nie teraz.

- Właśnie teraz. Gdybyś mnie zapytał, zgodziłabym się. Ale ty nie zapytałeś. Ty mnie załatwiłeś.

Długo milczał. Potem powiedział cicho, do kubka:

- A pamiętasz Wigilię? Jak Magda się rozpłakała przy barszczu, a ty potem w kuchni mówiłaś mi, że w waszych czasach nikt nie jeździł ratować małżeństwa do spa, tylko się zaciskało zęby i robiło swoje? - podniósł wzrok. - Gdybym przyszedł i powiedział: mamo, potrzebuję tygodnia, bo nam się wszystko sypie, wiesz, co byś powiedziała.

Chciałam zaprzeczyć. Otworzyłam usta i nic z nich nie wyszło. Bo pamiętałam tę kuchnię, ten barszcz i własny głos, pewny jak zawsze.

- Hotel opłaciła Agata - dodał. - Na remont wzięliśmy kredyt i nie było z czego. Nie kłamałem, że jesteśmy wyczyszczeni. Skłamałem w tym jednym. Bo się bałem, że jak powiem, ile naprawdę potrzebujemy, to ty powiesz, że przesadzamy.

Magda wyszła z dziećmi. Zdjęła z nadgarstka tę różową opaskę i położyła na stoliku przede mną, jakby oddawała coś, co do niej nie należało.

- To był mój pomysł, pani Lucyno. Nie jego. Przepraszam.

We wrześniu przyjechała do mnie do Łodzi sama, z sernikiem i kopertą. W środku był tysiąc złotych.

- Pierwsza rata. Na ten mostek. Grzesiek mi powiedział.

Chciałam odmówić, ale wzięłam. Mostek sam się nie zrobi, a ona potrzebowała, żebym wzięła - widziałam to po jej rękach. Przy herbacie powiedziała, że chodzą razem do terapeutki na Piotrkowskiej, co dwa tygodnie, i że zostają razem. Że na tych termach pierwszy raz od lat rozmawiali, zamiast się mijać w przedpokoju.

- Następnym razem pytajcie - powiedziałam, odprowadzając ją do drzwi. - Mogę się zgodzić, mogę odmówić. Ale chcę wiedzieć, na co się zgadzam.

Grzesiek dzwoni teraz w środy. Nie z samochodu.

Opaskę z basenu zatrzymałam. Leży w szufladzie z rachunkami, gumowa, różowa, z numerem szafki czterdzieści siedem. Kiedy syn zaczyna rozmowę od "mamo, mam pytanie", wyjmuję ją i słucham do końca.