Koleżanka z chóru pokazała mi w telefonie portal randkowy dla seniorów: "Zobacz, jaki przystojny wdowiec z twojego osiedla". Zdjęcie było z wesela naszego syna, przycięte równo w połowie. Po mojej stronie została tylko moja ręka na jego ramieniu.

- Jola, tylko nikomu nie mów, że ja tam w ogóle zaglądam - Lucyna nachyliła się do mnie nad nutami, zanim pan Stefan, nasz organista, zdążył rozdać kartki na niedzielę. - Ale zobacz, jaki przystojny wdowiec z twojego osiedla. Może go znasz?

Podsunęła mi telefon. Różowe tło, nazwa jak z reklamy margaryny: "Druga Wiosna". Pod zdjęciem napis: "Mirek, 64 lata, Poznań-Rataje. Wdowiec od trzech lat. Lubię spacery nad Maltą, dobrą książkę i szczerą rozmowę".

Przez chwilę nie rozumiałam, czemu ściska mnie w gardle. Granatowy garnitur. Krawat w drobne kropki, który sama wybierałam na Półwiejskiej. Uśmiech, jakiego nie widziałam u niego od dawna. Zdjęcie było przycięte równo w połowie, a na jego ramieniu, przy samym brzegu, leżała jeszcze kobieca dłoń. Koronkowy rękaw w kolorze wina. I pierścionek z granatem. Po mojej mamie.

- Ładny, co? - westchnęła Lucyna. - Szkoda tylko, że go jakaś baba trzyma. Pewnie siostra.

- Pewnie - powiedziałam.

A potem zaśpiewałam altem całą próbę i nie pomyliłam się ani razu. Do dziś nie wiem, jak.

Lucyna przyszła do chóru we wrześniu, pół roku po śmierci męża. Mirka nigdy nie widziała - on na koncerty nie chodził. "Kościelne śpiewanie to nie dla mnie, Jolka. Ty śpiewaj, ja posłucham z płyty" - mówił od lat. Nie miała prawa go poznać. Ja miałam. Trzydzieści siedem lat małżeństwa, jeden syn, dwoje wnuków i mieszkanie na czwartym piętrze, w którym znałam każde skrzypnięcie podłogi.

Kiedy wróciłam, siedział w fotelu z tabletem na kolanach.

- Jak próba? - zapytał, nie podnosząc głowy.

- Dobrze. A ty?

- Byłem nad Maltą. Kręgosłup mi kazał.

Od lutego chodził nad Maltę w każdy czwartek. Od lutego zaczął też używać wody kolońskiej, którą Bartek dał mu na święta trzy lata temu i która stała w łazience nieotwarta. Zauważyłam to, oczywiście. Trzydzieści cztery lata w aptece przy Piastowskim nauczyły mnie odczytywać recepty, których nie umiał rozszyfrować nikt inny. Męża, jak widać, nie nauczyły.

W nocy wzięłam tablet. Hasło to był rok urodzenia Bartka - Mirek nigdy niczego nie zmieniał. Aplikacja otworzyła się sama, jakby czekała.

Rozmowy z "Teresą66" ciągnęły się od lutego. Czytałam je w kuchni, przy zgaszonym świetle, a czajnik zdążył dwa razy wystygnąć. "Dobrze, że jesteś, Mirku". "Odkąd Jola odeszła, nikt mnie nie zapytał, co czytam". Użył mojego imienia. Wysłał mnie na tamten świat i nawet nie zmienił mi imienia.

Dalej było gorzej. Że chorowałam dwa lata. Że był przy mnie do końca, w hospicjum, trzymał mnie za rękę. Że czwartki to jedyny dzień, na który czeka. Kawiarnia "Przystań" nad Maltą, siedemnasta - akurat kiedy ja zaczynałam próbę. I zdjęcie z ostatniego tygodnia: dwie dłonie na stoliku, jedna na drugiej. Męską znałam na pamięć. Pod spodem jego słowa: "Tęsknię już w piątek, a do czwartku tak daleko".

Odłożyłam tablet dokładnie pod tym samym kątem. Rano zrobiłam mu jajecznicę na maśle, tak jak lubi.

Przez cały tydzień nic nie powiedziałam. Lucyna pytała, czy się źle czuję. Bartek dzwonił w sprawie komunii małej Zuzi. A ja w środę wieczorem wyprasowałam Mirkowi błękitną koszulę - tę, którą ostatnio wkładał w czwartki. Prasowałam ją bardzo starannie, kołnierzyk dwa razy. Nie umiem wytłumaczyć dlaczego. Może musiałam zobaczyć wszystko na własne oczy, zanim uwierzę.

W czwartek napisałam Lucynie, że nie przyjdę. Wyjęłam z albumu zdjęcie z wesela - całe, nieprzycięte. Mirek w granatowym garniturze, ja w sukience w kolorze wina, z ręką na jego ramieniu. Pamiętam tę chwilę. Fotograf krzyczał: "Mama, rączka na tacie, ładnie!", a ja położyłam dłoń, bo Mirek po oczepinach trochę się chwiał i bałam się, że się przewróci.

Nad Maltą kwitły kasztanowce. Przez szybę kawiarni zobaczyłam ich od razu. Ona - siwa, krótko ostrzyżona, w beżowym żakiecie, starsza ode mnie. Jej ręka na jego ręce. On się śmiał. Stałam przy drzwiach dłuższą chwilę, z kopertą w dłoni, i naprawdę myślałam, żeby zawrócić.

Weszłam. Podeszłam do stolika, położyłam zdjęcie między filiżankami.

- Dzień dobry. Jestem Jolanta. Ta, co umarła trzy lata temu.

Mirek zrobił się szary na twarzy.

- Jola... nie tutaj.

Kobieta długo patrzyła na zdjęcie. Na pierścionek z granatem. Potem na mnie.

- Mówiłeś, że trzymałeś ją za rękę w hospicjum - powiedziała do niego cicho. Nie krzyczała. Wstała, włożyła żakiet, wyjęła z portfela dziesięć złotych i położyła przy swojej filiżance. - Przepraszam panią. Ja naprawdę nie wiedziałam.

Do niego nie powiedziała już ani słowa. Drzwi kawiarni dzwoneczkiem zakończyły wszystko.

Usiadłam na jej miejscu. Krzesło było jeszcze ciepłe.

- Dlaczego wdowiec, Mirek? Mogłeś napisać "rozwodnik". "Żonaty, szukam przygód". Cokolwiek.

Długo milczał. Obracał łyżeczkę w palcach.

- Bo żonatemu nikt nie odpisze - powiedział w końcu. A potem ciszej: - A poza tym... ja się tak czułem, Jolka. Od emerytury. Ty masz chór, wnuki, mamę na Winogradach, koleżanki. Wracasz i mówisz, co kupić i kiedy mam do kardiologa. A ja siedzę w fotelu jak meblościanka. Też stoi, też nikt nie pyta, co u niej.

- I trzeba było mnie wyciąć.

- Nie wycinałem ciebie. Tylko... nie chciałem, żeby ktoś zobaczył, że jestem czyjś.

To było chyba najgorsze, co mógł powiedzieć. I najbardziej prawdziwe. Bo kiedy próbowałam sobie przypomnieć, kiedy ostatnio zapytałam go o coś innego niż rachunek za gaz albo ciśnienie - nie umiałam. Byliśmy dla siebie jak dwa leki na jednej recepcie. Przyjmowane regularnie, bez zastanowienia.

Tylko że ja z tej recepty nie uciekałam do kawiarni nad jeziorem.

- Spakuj się dziś - powiedziałam. - Halina ma pusty pokój po Józku. Zadzwoń do niej.

- Jola, a może...

- Dziś, Mirek.

Pojechał do siostry do Swarzędza jeszcze tego wieczoru, z jedną torbą i tą błękitną koszulą, którą mu wyprasowałam. Bartek zadzwonił następnego dnia, roztrzęsiony.

- Mamo, tata płakał przez telefon. Może byście jakoś...

- Synku, ja też płakałam. Tylko nikt nie słyszał.

Mirek dzwoni co czwartek, o siedemnastej. Mówi, że usunął konto, że chodzi z Haliną na cmentarz do Józka, że nauczył się sam gotować zupę pomidorową. Pyta, czy może wrócić. Słucham go spokojnie. Pierwszy raz od lat słucham go naprawdę.

We wrześniu złożyłam w sądzie pozew o separację. Nie o rozwód - jeszcze nie. Separacja to nie koniec. To czas, w którym chcę sprawdzić, czy jeszcze umiem być czyjaś. I czy on umie być mój, a nie tylko obok.

Lucyna przepraszała mnie tygodniami. W końcu powiedziałam jej:

- Gdybyś mi tego nie pokazała, dalej prasowałabym mu koszule na randki.

Zaniosłam weselne zdjęcie do zakładu fotograficznego przy Rondzie Żegrze i zamówiłam odbitkę. W domu wzięłam nożyczki i przecięłam ją sama, równo w połowie. Swoją część oprawiłam w ramkę i postawiłam na meblościance.

Po mojej stronie została cała ja. Ręka wisi trochę w powietrzu, nad pustym miejscem. Ale to moja ręka - i to ja decyduję, na czyim ramieniu ją kiedyś położę.