Synowa co roku wysyła do czterdziestu osób świąteczną kartkę z rodzinnym zdjęciem. Przyszłam w nowej bluzce. Przy choince ustawiła wszystkich: dzieci, syna, swoich rodziców, nawet psa. Mnie podała telefon: „mamo, ty masz najpewniejszą rękę”
Bluzka miała kolor butelkowej zieleni i jeszcze w przymierzalni przyłożyłam rękaw do policzka, żeby sprawdzić, czy nie robi mnie szarej. Nie robiła. Ekspedientka w małym sklepiku przy Krakowskiej powiedziała, że mam do niej oczy, a ja, która przez czterdzieści lat sama rozdawałam takie komplementy w salonie, tym razem uwierzyłam. Zapłaciłam tyle, co za miesiąc prądu, i wracałam autobusem na Zaodrze z torbą na kolanach, jakbym wiozła coś żywego.
Bo w niedzielę Marzena robiła zdjęcie do kartek.
Ta kartka to w naszej rodzinie instytucja. Synowa wysyła ją co roku do czterdziestu osób - do ciotek, do koleżanek z biura, do chrzestnej w Niemczech, do sąsiadów z Komprachcic, gdzie z moim Grześkiem postawili dom. Zamawia przez internet, na grubym papierze, ze złotym napisem. Jedna zawsze przychodzi do mnie. Pocztą. Z adresem wypisanym jej okrągłym pismem.
„Ela, ty masz rękę jak chirurg” - mówiły klientki, kiedy podcinałam im grzywki co do milimetra. Fryzjerką byłam do sześćdziesiątki, potem kręgosłup powiedział dość. Ręka została.
W niedzielę po obiedzie Marzena zaczęła ustawiać. Choinka stała już, choć był dopiero szósty grudnia - „inaczej nie zdążę z drukarnią, mamo”. Zuzia w czerwonej sukience, Kuba w swetrze z reniferem, którego nienawidził. Grzesiek z tyłu, bo najwyższy. Po bokach rodzice Marzeny, Barbara i Roman, przyjechali aż z Brzegu. Pies Bruno na dywanie, przekupiony parówką.
Stałam w drzwiach salonu w nowej bluzce i czekałam, aż ktoś pokaże mi miejsce.
- Mamo - Marzena wcisnęła mi telefon w dłoń. - Ty masz najpewniejszą rękę. U taty zawsze wychodzi poruszone.
- Bo prawda - zaśmiał się Roman. Barbara poprawiła mu kołnierzyk.
Podniosłam telefon. Zrobiłam dwadzieścia trzy zdjęcia. Na żadnym nikt nie mrugnął, nawet pies.
Wieczorem, już u siebie, otworzyłam szufladę w meblościance, gdzie trzymam kartki od dzieci. Rozłożyłam je na stole w kuchni. Osiem. Nigdy wcześniej nie położyłam ich obok siebie.
Na pierwszej jestem. Ja i Zdzisio, on w tej swojej marynarce od komunii Kuby, zdjęcie robiła sąsiadka. Pół roku później Zdzisia nie było.
Na drugiej mnie nie ma - i to akurat pamiętam dokładnie. Stałyśmy z Marzeną w kuchni, ona kroiła sernik, a ja powiedziałam: „Dziecko, ja się teraz do żadnych zdjęć nie nadaję. Zobacz, jak ja wyglądam”. Schudłam wtedy, włosów nie farbowałam od pogrzebu. Fryzjerka, która nie farbuje własnych włosów. Marzena pogłaskała mnie po ręce i podała mi telefon. Byłam jej za to wdzięczna.
Na trzeciej też mnie nie ma. Ani na czwartej, gdzie pojawia się Bruno, szczeniak w czerwonej kokardzie. Ani na piątej, szóstej, siódmej, ósmej. Choinka wędruje po salonie, dzieci rosną, Roman siwieje. Bruno jest na pięciu kartkach. Ja na jednej.
Siedziałam nad nimi do północy. Herbata z cytryną wystygła mi na parapecie.
W sobotę zadzwoniłam.
- Marzenko, a może zrobimy jeszcze jedno, ze mną? Ja mam tę bluzkę, Roman by trzymał na kolanie, albo na samowyzwalacz...
- Oj, mamo - w tle szumiał odkurzacz. - Już poszło do drukarni, w czwartek zamówiłam. Ale w święta zrobimy, obiecuję. Kuba! Zostaw tego psa!
Rozłączyła się, zanim zdążyłam powiedzieć cokolwiek więcej.
W poniedziałek poszłam na Ozimską, do małego zakładu fotograficznego. Prowadzi go Agnieszka, córka mojej dawnej klientki, której przez piętnaście lat robiłam trwałą. Usiadłam na taborecie przed szarym płótnem, w zielonej bluzce. Agnieszka poprawiła mi kosmyk za uchem i powiedziała: „Pani Elu, niech pani się nie uśmiecha na siłę. Niech pani pomyśli o czymś swoim”.
Pomyślałam o Zdzisiu. Wyszło dobrze.
Zamówiłam czterdzieści kartek. Wieczorem wypisywałam koperty przy kuchennym stole - siostra Danka w Nysie, dziewczyny z dawnego salonu, sąsiadki z klatki, pani Krysia z apteki, ksiądz z naszej parafii. Czterdziesta koperta poszła do Komprachcic. Na odwrocie napisałam: „Wesołych Świąt. Żebyście mieli mnie chociaż na jednej”.
Ich kartka przyszła siedemnastego grudnia. Ładna, złote literki, wszyscy uśmiechnięci. Na odwrocie: „Kochanej Mamie”. Moja wyszła do nich osiemnastego.
Marzena zadzwoniła w niedzielę. Głos miała ściśnięty.
- Mamo, czemu mama mi to robi przed świętami? Grzesiek mówi, że to wbijanie szpilki. Moja mama się pyta, o co chodzi. Przecież mama sama mówiła, że nie chce być na zdjęciach!
- Siedem lat temu, Marzenko.
Cisza. Słyszałam, jak w tle Bruno drapie w drzwi.
- To trzeba było powiedzieć.
- Powiedziałam. W sobotę. Mówiłaś, że drukarnia.
Znowu cisza, dłuższa.
- Ja myślałam... - zaczęła i urwała. - Ja naprawdę myślałam, że mama to lubi. Że to jest mamy... no, mamy rola. Wszyscy zawsze mówili, że mama najlepiej robi zdjęcia.
I wiecie co? Ona w to wierzyła. Słyszałam to w jej głosie. Nie było w tym złości ani wyrachowania, tylko jakieś szczere, bezradne zdziwienie, że świat wyglądał inaczej, niż go sobie poukładała.
Danka z Nysy powiedziała mi przez telefon, że przesadziłam. Że po co publicznie, czterdzieści kopert, wstyd przed ludźmi. Pani Krysia z apteki ścisnęła mnie za rękę przy kasie i szepnęła: „Dobrze pani zrobiła. Ja bym nie miała odwagi”. Grzesiek nie zadzwonił wcale.
Na Wigilię jestem zaproszona. Marzena napisała SMS-a, że po kolacji zrobimy zdjęcie wszyscy razem, na samowyzwalacz, „z mamą w środku”. Dodała serduszko.
Zielona bluzka wisi na drzwiach szafy. Patrzę na nią co rano i nie wiem, czy ją założę. Nie wiem nawet, czy chcę na tym zdjęciu stanąć w środku - czy chciałam tylko, żeby choć raz ktoś zauważył, że mnie tam nie ma.
Telefon zostawię w torebce. Niech tym razem ktoś inny ma pewną rękę.