Na zimę przeprowadziłam się do syna, a klucze od mieszkania zostawiłam córce, żeby podlewała kwiaty. W lutym ze spółdzielni przyszło rozliczenie wody: zużycie trzy razy większe niż zwykle. Sąsiadka powiedziała przez telefon, że od listopada mieszkają u mnie dwie studentki, "a pani córka przychodzi pierwszego po pieniądze".
Staś usnął mi wreszcie na ramieniu, ciepły i ciężki jak worek mąki, a ja jedną ręką trzymałam telefon i trzeci raz przeliczałam cyfry na ekranie. Woda zimna - trzy razy tyle co zwykle. Ciepła - jeszcze gorzej. Na dole, czerwonym drukiem, dopłata za półrocze.
Paweł założył mi to konto w internecie we wrześniu, zanim zabrał mnie z Kielc do Wrocławia.
- Mamo, wszystko będziesz widziała w telefonie. Nie musisz się martwić, że list leży w skrzynce - tłumaczył, stukając w ekran.
Teraz widziałam. I nic z tego nie rozumiałam.
Pierwsza myśl: kran. Spłuczka, która się nie domyka, rura pod zlewem. W bloku na Słonecznym Wzgórzu mieszkam trzydzieści jeden lat i wiem, że takie rzeczy się zdarzają. Położyłam Stasia do łóżeczka, zamknęłam za sobą drzwi i zadzwoniłam do Lucyny spod szóstki. Lucyna wie wszystko, co się dzieje na naszej klatce. Czasem więcej, niż by się chciało.
- Pani Lucyno, nie słychać u mnie wody? Bo spółdzielnia mi wyliczyła, jakby mi rura pękła.
Cisza. Potem takie dziwne, ostrożne chrząknięcie.
- Jaka rura, pani Tereso? Przecież od listopada mieszkają u pani dwie studentki. Miłe dziewczyny, ta mniejsza mi nawet zakupy na górę wniosła. A pani córka przychodzi pierwszego po pieniądze.
Usiadłam na taborecie w przedpokoju syna.
- Jakie studentki?
- No... Marzena mówiła, że pani wie. Że się pani zgodziła, bo mieszkanie by się wychłodziło. Boże drogi, pani Tereso. To pani nie wiedziała?
Nie wiedziałam. Rozłączyłam się, chyba nawet bez "do widzenia". Za ścianą Agnieszka rozmawiała przez telefon w sprawie żłobka, w kuchni szumiała zmywarka. Zwykły lutowy wieczór. Tylko mnie się właśnie coś zawaliło.
Przyjechałam do nich we wrześniu, bo synowa musiała wrócić do pracy, a miejsce w żłobku dostali dopiero od kwietnia. Plan był prosty: jedna zima, pomogę, wrócę. Klucze zostawiłam Marzenie, bo mieszka na Czarnowie, dziesięć minut autobusem ode mnie. Miała podlewać kwiaty i czasem przewietrzyć. Fikus, dwie paprocie, storczyki na kuchennym parapecie. Czterdzieści lat uczyłam biologii w podstawówce - o kwiaty martwiłam się bardziej niż o kran.
Siedząc na tym taborecie, zaczęłam sobie wszystko układać. Przed Wigilią Marzena od razu zaznaczyła, żebym się nie tłukła pociągiem, bo oni i tak jadą do teściów. W styczniu chciałam przyjechać na dwa dni, odebrać recepty od swojej lekarki, zajrzeć do mieszkania - i akurat Staś dostał anginy. Pamiętam, jak Marzena przez telefon odetchnęła.
- Zostań, mamo. Wszystko w porządku, kwiaty żyją.
Wysyłała mi zdjęcia. Fikus w świetle z okna, storczyk z nowym pędem. Zawsze zbliżenia. Nigdy całego pokoju.
Raz, w grudniu, zadzwoniłam do niej późnym wieczorem i usłyszałam w tle młody śmiech i ktoś krzyknął, żeby Kinga zakręciła czajnik.
- Telewizor - ucięła Marzena.
Uwierzyłam. Matka zawsze wierzy, bo tak jest wygodniej.
Nie zadzwoniłam do niej tamtej nocy. Bałam się, że powiem coś, czego nie da się cofnąć. Rano powiedziałam Pawłowi tylko tyle, że muszę na jeden dzień do Kielc, sprawa w spółdzielni. Agnieszka wzięła wolne. O szóstej siedziałam w pociągu z termosem herbaty i kanapkami, których nie tknęłam przez całą drogę.
Przed własnymi drzwiami stałam z kluczem w ręku dobrą minutę. W końcu zapukałam. Do siebie.
Otworzyła drobna dziewczyna w dresie, z kokiem na czubku głowy i kubkiem w dłoni. Spojrzała na mnie, na torbę podróżną i zbladła, jakby od razu wszystko zrozumiała.
- Pani jest... mamą pani Marzeny?
- Właścicielką - powiedziałam. I sama się zdziwiłam, jak twardo to zabrzmiało.
Miała na imię Ola. Drugi rok pielęgniarstwa, pochodziła spod Jędrzejowa. Kinga, ta od czajnika, była akurat na zajęciach na Politechnice. Ola wyciągnęła z szuflady w przedpokoju kartkę z drukarki: umowa, czynsz płatny gotówką pierwszego dnia miesiąca, podpis mojej córki i dopisek "w imieniu właścicielki".
Weszłam do sypialni. Moje łóżko, moja narzuta w róże, ale na biurku cudzy laptop i stos podręczników do anatomii. Na szafie trzy kartonowe pudła podpisane flamastrem: "MAMA - ZIMOWE", "MAMA - SUKIENKI", "MAMA - RÓŻNE". Całe moje życie w trzech pudłach po proszku do prania.
- Pani Marzena mówiła, że pani raczej już nie wróci - szepnęła Ola za moimi plecami. - Że zostanie pani u syna.
To bolało bardziej niż wszystko inne.
A fikus... Fikus wypuścił chyba z dziesięć nowych liści. Na lodówce wisiała rozpiska podlewania, pisana starannym, dziewczęcym pismem. Storczyki kwitły.
- Ja je codziennie oglądam - powiedziała Ola i rozpłakała się. - Proszę pani, akademik pełny, w środku semestru my nic nie znajdziemy...
- Nikt was dziś nie wyrzuca - odpowiedziałam. Wyjęłam telefon. - Marzena? Jestem u siebie. Przyjedź.
Przyszła po szóstej, prosto z marketu, jeszcze w służbowej kamizelce pod kurtką. Dziewczyny wyszły "na miasto", tak delikatnie, że aż mi się zrobiło głupio. Usiadłyśmy w mojej kuchni, przy moim stole, i przez długą chwilę żadna z nas nie mówiła.
- Mieszkanie stało puste - zaczęła w końcu. - Grzałaś kaloryfery dla nikogo.
- Nie o kaloryfery pytam.
Zacisnęła dłonie na kubku, którego nawet nie podniosła do ust.
- Grzesiek stracił pracę w październiku. Firmę od okien zamknęli z dnia na dzień. Wzięłam pożyczkę, bo Kuba potrzebował okularów, auto padło, a on dojeżdżał na rozmowy. Potem drugą, żeby spłacić pierwszą. Wiesz, jak to idzie. - Przełknęła ślinę. - Pierwszego oddawałam wszystko. Co do złotówki na raty. Nic dla siebie nie wzięłam. Chciałam je wyprowadzić w marcu, wymyć wszystko, nikt by się nie dowiedział. O wodzie nie pomyślałam. Licznika nie pomyślałam.
- Powiedziałaś tym dziewczynom, że ja już nie wrócę. Jakbyś mnie pochowała za życia.
Wtedy podniosła na mnie oczy. Czerwone, zmęczone, czterdziestojednoletnie oczy mojej córki.
- Bo ty zawsze jedziesz do Pawła, mamo. Na jego wesele odkładałaś cztery lata. Na mieszkanie mu dołożyłaś. Teraz pół roku u nich siedzisz. A ja całe życie jestem ta, co sobie radzi. Ty się nawet nie gniewasz, jak ja mam kłopot. Ty się dziwisz. Tego zdziwienia nie chciałam oglądać.
Chciałam zaprotestować. Otworzyłam usta i nic nie powiedziałam, bo nagle zobaczyłam ją jako dziewięciolatkę, która sama prasowała sobie mundurek na apel, kiedy ja siedziałam z chorym Pawełkiem. Paweł zawsze prosił. Marzena nigdy. A ja przez czterdzieści lat brałam to za dowód, że u niej wszystko jest w porządku.
Następnego dnia poszłam do spółdzielni. Zapłaciłam dopłatę i zgłosiłam, ile osób mieszka w lokalu. Potem usiadłam z Olą i Kingą przy kuchennym stole i spisałyśmy nową umowę, do końca czerwca, z przelewem na moje konto. Marzena była przy tym. Pieniądze z najmu idą teraz na jej raty - ale przez moje ręce, i co miesiąc pokazuje mi potwierdzenie spłaty. Nie dlatego, że jej nie ufam. Dlatego, że raz wreszcie chcę widzieć, co się u niej dzieje.
W kwietniu, kiedy Staś poszedł do żłobka, wróciłam do Kielc. Dziewczyny mieszkają w dużym pokoju, ja odzyskałam sypialnię i sukienki z kartonów. Wieczorami słychać czajnik i śmiech. Lucyna mówi, że na klatce od lat nie było tak wesoło.
Pawłowi opowiedziałam wszystko dopiero przy Wielkanocy. Długo milczał w słuchawce. A potem pierwszy raz w życiu zapytał, czy siostra czegoś nie potrzebuje.
Czterdzieści lat uczyłam dzieci, że roślina, której brakuje wody, nie krzyczy. Po prostu powoli żółknie od dołu. U własnej córki tego nie zauważyłam.
Pierwszego maja Marzena przyszła jak co miesiąc. Tylko tym razem nie po pieniądze, a z sernikiem.