Na swój pogrzeb odkładam w kopercie od dziesięciu lat, żeby dzieci nie miały kłopotu. Syn pożyczył z niej trzy tysiące na zimowe opony, „do wypłaty”. Kiedy zapytałam o zwrot, roześmiał się: „mamo, przecież ty się jeszcze nigdzie nie wybierasz”
Koperta jest szara, z okienkiem, została po rachunku z gazowni. Na wierzchu, moim charakterem pisma - tym samym, którym przez trzydzieści lat zapisywałam klientki na trwałą w zeszycie z salonu - stoi jedno słowo: „Pogrzeb”. Leży w szafie, między poszwą w maki a prześcieradłem z gumką. Co miesiąc dokładam do niej tyle, ile mogę.
W listopadzie po raz pierwszy ktoś z niej wyjął.
Zaczęłam ją trzy tygodnie po śmierci Zdzisława. Zawał na działce, w kwietniu, przy przekopywaniu grządek pod pomidory. Pięćdziesiąt osiem lat. Nie zdążyliśmy porozmawiać o niczym - ani o pomniku, ani o tym, w czym go pochować.
Z tamtych dni pamiętam głównie zdanie, które wszyscy powtarzali: „Tomek załatwi”. I Tomek załatwiał. Zakład pogrzebowy, księdza, stypę w restauracji na Ustroniu. A ja siedziałam w kuchni i nie umiałam powiedzieć, czy wolę dąb, czy sosnę.
Wtedy sobie obiecałam, że moje dzieci nie będą tak stały nad cennikiem trumien. Przy najbliższej wigilii powiedziałam im obojgu:
- W szafie, pod pościelą. Jakby co, wiecie.
Iwona, która przyjechała z Wrocławia, rozpłakała się nad barszczem. Tomek machnął ręką.
- Mamo, no nie przy jedzeniu.
Ale wiedział. Oboje wiedzieli.
- Pani Danusiu, sześćdziesiąt siedem lat, a ręka pewniejsza niż u mojej fryzjerki - mówi Lucyna z parteru, której co miesiąc robię ondulację u siebie w łazience, bo do salonu jej za daleko na te kolana. Śmieję się wtedy, że ręka pewna, a głowa myśli o porządku. Bo ja lubię porządek. Wałki w pudełku według rozmiaru. Rachunki w segregatorze. Pogrzeb w kopercie.
Tomek przyjechał w listopadzie wieczorem, po pierwszym przymrozku. Jeździ dostawczakiem w hurtowni budowlanej pod Radomiem, do pracy ma na piątą, własnym autem. Opony łyse jak kolano, a wypłata, jak zwykle u nich, miała przyjść z poślizgiem. Marta siedzi z małą Zosią na wychowawczym, Kuba właśnie zaczął chodzić na basen. Wiem, jak u nich jest.
- Mamo, do wypłaty. Dziesiątego oddam, słowo.
Nie musiałam mu pokazywać, gdzie leży. Sam poszedł do pokoju, sam otworzył szafę. Słyszałam, jak szeleści pościel. Wrócił z banknotami złożonymi na pół i kopertą, którą odłożył mi na stół, jakby to była zwykła koperta.
Dziesiąty minął. Potem dwudziesty. Nie dzwoniłam, bo nie chciałam być matką, która liczy dziecku.
Na imieniny Tomka, dwudziestego pierwszego grudnia, upiekłam sernik. W kuchni, kiedy Marta kroiła śledzia, a dzieci darły papier z prezentów, zapytałam cicho, przy samym zlewie:
- Synku, a z tymi pieniędzmi z koperty to jak będzie?
Roześmiał się. Głośno, serdecznie, tak jak śmiał się jego ojciec.
- Mamo, przecież ty się jeszcze nigdzie nie wybierasz!
I cmoknął mnie w czoło. Marta podniosła głowę znad deski.
- Jakie pieniądze?
- Potem, Martuś.
Tego „potem” nie było. W domu wyjęłam kopertę i przeliczyłam. Prawie rok mojego odkładania zniknął w jeden wieczór. Siedziałam na wersalce i czułam się głupio, bo przecież to tylko pieniądze, a ja żyję, jestem zdrowa, chodzę na Jacka Malczewskiego do kościoła piechotą. A jednak coś mnie w tym śmiechu ubodło. Jakby moja koperta była żartem. Jakby moja śmierć była żartem.
W styczniu zadzwoniłam. Potem napisałam SMS-a. Odpisał: „Wpadnę w niedzielę”.
Wpadł. Usiadł w fotelu Zdzisława, w kurtce, nie zdjął nawet butów.
- Mamo, czego ty ode mnie chcesz?
- Żebyś oddał. Nie dla mnie. Dla was.
Pokręcił głową. Potarł kark - dokładnie tak, jak ojciec, kiedy coś go uwierało.
- Dla nas. A ja ci za tatę coś liczyłem?
- Za tatę?
- Zasiłek z ZUS-u nie starczył nawet na połowę. Resztę wziąłem na kredyt. Spłacałem prawie dwa lata. Marta płakała nad każdą ratą, bo była wtedy w ciąży z Kubą. - Zamilkł. Za ścianą u sąsiadów leciał jakiś teleturniej. - A ty trzy tygodnie po pogrzebie zaczęłaś zbierać na swój. I co roku przy wigilii: „w szafie, pod pościelą”. Wiesz, jak to jest tego słuchać?
- Mówiłeś, że wszystko załatwione - powiedziałam. Głos mi się złamał na ostatnim słowie.
- No bo załatwiłem.
- Proponowałam ci wtedy pieniądze z lokaty.
- Mamo, ty byłaś szara na twarzy. Miałem ci brać lokatę?
Ręce trzęsły mi się tak, że wsunęłam je pod uda. Dziesięć lat. Przez dziesięć lat myślałam, że chronię dzieci przed tym, przez co przeszedł mój syn. I nie wiedziałam nawet, przez co przeszedł.
- Oddam - powiedział w drzwiach, już spokojniej. - Jak będę miał. Ale nie licz mi tego, dobrze? I nie mów już o tym pogrzebie. Ani przy barszczu, ani wcale.
Iwona przez telefon była stanowcza.
- Mamo, on ci wypomina tatę po dziesięciu latach, żeby nie oddać trzech tysięcy? Nie daj sobą manipulować.
Lucyna, kiedy siedziała pod suszarką, powiedziała coś innego:
- Pani Danusiu, on nie chce oddać pieniędzy na pani pogrzeb, bo nie chce, żeby był pani pogrzeb. Chłopy tak mają.
Może obie miały rację. Może żadna.
W lutym poszłam do banku na Żeromskiego. Założyłam rachunek, wpłaciłam to, co zostało w kopercie, i podpisałam dyspozycję na wypadek śmierci. Na Iwonę. Pani w okienku tłumaczyła mi, że te pieniądze nie wejdą do spadku, że córka dostanie je od razu, bez sądu i bez notariusza. Kiwałam głową. Wiedziałam już wcześniej, sprawdziłam.
Tomkowi nie powiedziałam. Długu nie wypominam, nie dzwonię, na imieniny Kuby upiekłam szarlotkę. Jeśli kiedyś odda - przyjmę. Jeśli nie - trudno.
Kopertę zostawiłam w szafie. Pustą, między poszwą w maki a prześcieradłem z gumką. Z tym jednym słowem na wierzchu.
Niech mój syn dalej myśli, że się nigdzie nie wybieram.