Brat od pół roku mówił przez telefon, że tata po zawale "leży, nikogo nie chce widzieć, ciebie też nie, nie przyjeżdżaj". W sobotę wzięłam pociąg do Sandomierza bez uprzedzenia. Tata stał na drabinie przy jabłonce. Zapytał, czemu tak rzadko dzwonię.
Furtka skrzypnęła dokładnie tak samo jak wtedy, kiedy miałam dwanaście lat i wracałam ze szkoły za późno. Zatrzymałam się z ręką na klamce, z torbą pełną słoików z rosołem, które miały być "na wszelki wypadek", i nie mogłam zrobić kroku.
Pod starą koksą stała drabina. Na drabinie stał mój ojciec. W kraciastej koszuli, z wiadrem zawieszonym na szczeblu, sięgał po jabłko na samej górze, tam, gdzie zawsze mówił, że najsłodsze, bo najwięcej słońca łapią.
Człowiek, który od pół roku leżał. Który nikogo nie chciał widzieć. Mnie też nie.
- Tata? - wyszło mi piskliwie, jak dziecku.
Odwrócił się, przytrzymał gałęzi i zmrużył oczy pod słońce.
- Jola? A ty skąd? - Zszedł dwa szczeble, ostrożnie, ale bez laski, bez niczego. - Coś się stało? Czemu ty tak rzadko dzwonisz, dziecko?
Postawiłam torbę na ścieżce, bo bałam się, że ją upuszczę. Słoiki brzęknęły o siebie.
Z Kielc jechałam ponad dwie godziny regionalnym, który stawał na każdej stacyjce. Przez całą drogę układałam sobie w głowie, co powiem w drzwiach, jak Darek zrobi tę swoją minę, jak tata odwróci się do ściany. Bo do Darka dzwoniłam. Co niedzielę, czasem w środę. I co niedzielę słyszałam to samo, tym samym zmęczonym głosem:
- Leży. Nikogo nie chce widzieć. Ciebie też nie, Jolka, nie przyjeżdżaj, on się tylko zdenerwuje, a lekarz mówił, że nerwy to teraz najgorsze.
Zawał był w marcu. Tatę przewieźli do Kielc na kardiologię, założyli stent. Byłam u niego dwa razy, przed dyżurem w aptece. Leżał blady, mówił mało, patrzył w okno. Potem wypisali go do domu, Darek zadzwonił, że się nim zajmie, że się przeprowadził "na trochę". Komórka taty od tamtej pory milczała. Stacjonarny zlikwidowali jeszcze rok wcześniej, bo za drogo.
A ja uwierzyłam. Łatwo było uwierzyć, bo między mną a ojcem od czterech lat stało jedno zdanie. Dwa lata po pogrzebie mamy, przy wigilijnym stole, powiedziałam: "Tato, sprzedajmy dom, zamieszkasz u mnie, sam tu nie dasz rady". Odłożył widelec. "Jeszcze nie umarłem, żeby mnie z własnego domu wynosić". Do Wielkanocy się nie odzywał.
Więc kiedy Darek mówił "nie chce cię widzieć", myślałam: pewnie się boi, że przyjadę go pakować. Pewnie mi tego nie zapomniał.
- Ja dzwonię, tato - powiedziałam teraz, stojąc na ścieżce między grządkami. - Co tydzień dzwonię.
- Do mnie? - Zszedł na ziemię, otarł ręce o spodnie. - Przecież mój telefon Darek wziął do naprawy, jeszcze w kwietniu, bo mu się ekran popsuł. I tak jakoś nie oddał. Mówił, że ty do niego dzwonisz, bo do mnie się nie dodzwonisz. I że pozdrawiasz. Że masz remanent w tej aptece, że zabiegana jesteś. - Zawahał się. - Myślałem, że ty się dalej gniewasz. O dom.
Coś zimnego przeszło mi po karku, choć słońce grzało jak w lipcu.
Weszliśmy do kuchni. Tata nastawił czajnik, ten sam emaliowany, z odpryskiem przy uchwycie. Wszędzie były ślady Darka - jego kurtka na wieszaku, jego kubek z logo tartaku, popielniczka na parapecie przy uchylonym oknie. I na stole, przy cukiernicy, plastikowy organizer na leki. Pon, wt, śr. Rano, wieczór. Każda przegródka podpisana flamastrem, krzywym pismem brata.
Odruchowo otworzyłam wieczór na sobotę. Klopidogrel, statyna, coś na ciśnienie. Dawki dokładnie takie, jakie bym sama ułożyła. Od trzydziestu lat stoję za ladą w aptece i wiem, ilu dorosłych dzieci nie potrafi tego zrobić porządnie nawet przez tydzień.
Darek wszedł kwadrans później, z siatką z Biedronki. Chleb, twaróg, pomidory. Zobaczył mnie przy stole i stanął w progu, jakby ktoś go przybił do podłogi.
- Tata, idź zobacz, czy kury mają wodę - powiedziałam, nie patrząc na ojca. Spojrzał na mnie, potem na niego. Wyszedł bez słowa. Zawsze wiedział więcej, niż mówił.
Darek odstawił siatkę. Zaczął powoli składać plastikową reklamówkę w trójkącik, tak jak robiła mama. Ręce mu się trzęsły.
- Był na drabinie, Darek.
- Mówiłem mu, żeby nie wchodził.
- Mnie mówiłeś, że leży.
Cisza. Lodówka szumiała. Gdzieś na podwórku tata wołał coś do kur.
- Leżał - odezwał się w końcu. - Przez pierwszy miesiąc naprawdę leżał. Wstawałem w nocy sprawdzać, czy oddycha. - Usiadł ciężko naprzeciwko mnie. - A potem wstał. I zaczęliśmy robić płot od strony Kowalczyków, i drewutnię, i on mi mówił: synu, podaj, synu, przytrzymaj. Wiesz, kiedy on ostatni raz powiedział do mnie "synu" tak normalnie, bez tego tonu? Ja nie pamiętam.
- Darek...
- Zawsze było: Jola to, Jola tamto. Jola ma studia. Jola ma aptekę. Jola przyjedzie i wszystko załatwi. A ja byłem ten, co się rozwiódł, co ciągle coś pożycza. - Podniósł wzrok. - I wiedziałem, że jak przyjedziesz, to zobaczysz. Że ja tu mieszkam od marca, bo z mieszkania po rozwodzie mnie nic nie zostało. Że tartak zamknęli w zimie i roboty nie mam. Że żyjemy z jego emerytury. I powiesz to samo co wtedy. Sprzedać, tatę do Kielc. A ja nie mam gdzie, Jola. Rozumiesz? Ja nie mam gdzie pójść.
Chciałam krzyczeć. Miałam na języku wszystkie te noce, kiedy leżałam i myślałam, że ojciec umrze, nie chcąc mnie widzieć. Wszystkie niedziele, kiedy odkładałam słuchawkę i płakałam nad zlewem, żeby mąż nie słyszał.
- Pół roku - powiedziałam tylko. - Pół roku on myślał, że mi na nim nie zależy.
Darek zakrył twarz rękami.
Wtedy w drzwiach stanął tata. Z wiadrem jabłek, w którym nie było żadnej wody dla kur. Musiał stać pod oknem dłuższą chwilę, bo nie zapytał o nic. Postawił wiadro na podłodze, usiadł między nami, na swoim krześle przy kaflowym piecu.
- Ja trochę się domyślałem - powiedział cicho. - Ty, Darek, kłamiesz tak samo jak w podstawówce. Uszy ci czerwienieją. Ale myślałem, że jak Jola się gniewa, to może i lepiej, że ty jesteś. Że chociaż jedno dziecko mam przy sobie. - Popatrzył na mnie. - Głupi stary byłem. Mogłem sam zadzwonić. Z sąsiadki chociażby.
Nikt tego nie skomentował. Czajnik zaczął gwizdać i nikt nie wstał go zdjąć.
W końcu tata podniósł się sam. Wyłączył gaz, nalał herbaty do trzech szklanek, wrzucił cytrynę. I powiedział tonem, którym kiedyś ogłaszał, że jedziemy na grzyby, i dyskusji nie było:
- Nikt niczego nie sprzedaje. Darek zostaje, bo mi tu potrzebny, sam drewutni nie skończę. Jutro idziesz do Michalskich, oni ludzi na zbiór szukają, do października roboty starczy. A telefon mi oddaj. Ten mój. Teraz.
Darek wyszedł do pokoju i wrócił z komórką z szuflady meblościanki. Ekran był cały, bez jednej rysy. Bateria rozładowana do zera.
Podłączyłam ją do ładowarki przy lodówce. Na kartce z kalendarza napisałam swój numer wielkimi cyframi i przypięłam magnesem z Ciechocinka, obok rachunku za prąd. Tata patrzył, jak to robię, i kiwał głową, jakbym przykręcała mu coś ważnego w samochodzie.
Zostałam do niedzieli. Po obiedzie zbieraliśmy koksę we trójkę. Tym razem na drabinie stał Darek, a tata trzymał ją z dołu i komenderował, gdzie są najsłodsze. Ja podawałam wiadra. Brat raz na mnie spojrzał z góry, przez liście, i nic nie powiedział. Ja też nie. Jeszcze nie umiałam. Może kiedyś.
Wyjeżdżałam z dwiema siatkami jabłek i słoikiem powideł, który tata wcisnął mi na peronie.
Teraz dzwoni do mnie codziennie o siódmej wieczorem, zaraz po "Faktach". Zawsze zaczyna tak samo:
- No i czemu ty tak rzadko dzwonisz? - I śmieje się, zanim zdążę odpowiedzieć.