Od sześciu lat odbieram wnuki ze szkoły i siedzę z nimi do osiemnastej. Na sanatorium z NFZ czekałam prawie dwa lata, termin wypadł na grudzień. Córka zapytała tylko: "mamo, a nie da się przesunąć? W grudniu mam zamknięcie roku"
Stałam pod szkołą na Retkini z kopertą z NFZ w torebce i trzeci raz ją wyjmowałam, jakby od czytania mogła zmienić się treść. Ciechocinek. Od drugiego do dwudziestego drugiego grudnia. Trzy tygodnie. Wróciłabym dwa dni przed Wigilią, akurat na lepienie pierogów.
Zadzwonił dzwonek. Antek wybiegł pierwszy, kurtka na jednym ramieniu, worek z kapciami obijał mu się o kolana.
- Babcia, a wiesz, że Kacper zjadł kredę?
- Całą?
- No nie, kawałek. Ale pani i tak dzwoniła do jego mamy.
Zuzia wyszła później, jak zawsze, bo w szóstej klasie już nie wypada wybiegać. Cmoknęła mnie w policzek tak, żeby nikt nie widział, i od razu zajrzała do torebki, czy mam bułkę z serem.
- A co to za list?
- Babcia jedzie do sanatorium - powiedziałam. Pierwszy raz na głos. I aż się zdziwiłam, jak to ładnie brzmi.
Sześć lat temu Zuzia miała pięć lat, a Antek jeszcze spał w wózku. Marta wracała z macierzyńskiego do biura rachunkowego, Paweł jeździł w trasy po Niemczech i Holandii, a ja akurat przeszłam na emeryturę po trzydziestu latach w zakładzie cukierniczym, z czego piętnaście prowadziłam zmianę. Wydawało się to takie oczywiste. Zdzisiu jeszcze żył i śmiał się, że zamieniłam taśmę z pierniczkami na taśmę z wnukami.
Potem Zdzisia zabrakło, a taśma jechała dalej. Codziennie: odbiór o wpół do pierwszej albo o drugiej, obiad u nich w mieszkaniu na trzecim piętrze bez windy, lekcje, angielski Zuzi we wtorki, basen Antka w czwartki. Marta wpadała za dziesięć szósta, czasem kwadrans po, z tym swoim zmęczonym "dzięki, mamo" w drzwiach.
Kręgosłup zaczął mi siadać trzy lata temu. Najpierw rano, potem na schodach. Lekarka rodzinna popatrzyła na wyniki rezonansu, pokręciła głową i wypisała skierowanie. Prawie dwa lata czekania. Prawie dwa lata myślenia, że jakoś to będzie, aż przyjdzie list.
Wieczorem Marta przyszła jak zwykle. Pokazałam jej kopertę w przedpokoju. Przeczytała, stojąc jeszcze w płaszczu, i oddała mi ją, wiążąc Antkowi szalik.
- Mamo, a nie da się przesunąć? W grudniu mam zamknięcie roku.
Nie podniosła nawet głowy. Powiedziała to tak, jak się mówi "kup chleb, jak będziesz szła".
- Zobaczę - odpowiedziałam.
Nie spałam pół nocy. Rano zadzwoniłam do oddziału NFZ. Pani była miła, ale konkretna: zrezygnować mogę, ale jak nie mam ważnego powodu, na przykład choroby z zaświadczeniem, to skierowanie trzeba będzie składać od nowa. I znowu czekać.
- Ile?
- Pani Danuto, nie obiecam. Rok, półtora. A grudzień w Ciechocinku to jeszcze dobry termin, ludzie na marzec biorą i się cieszą.
Odłożyłam słuchawkę i siedziałam w kuchni z kubkiem zimnej herbaty. Sześćdziesiąt sześć lat. Za półtora roku sześćdziesiąt osiem. I nikt mi nie da gwarancji, że te schody na trzecie piętro będę wtedy jeszcze w ogóle pokonywać.
Przez tydzień nikt do tematu nie wracał. Aż w czwartek przyszedł SMS od Marty: "Mamo, w grudniu będę wracać później, czasem nawet koło 19. Dasz radę? Paweł ma wtedy długą trasę do Belgii."
Patrzyłam w ten ekran i zrozumiałam, że dla niej sprawa jest zamknięta. Że moje "zobaczę" przeczytała jako "tak". Że w jej kalendarzu na grudzień ja już byłam wpisana - tylko nie w Ciechocinku.
Tego samego dnia Zuzia, odrabiając matematykę, zapytała bez podnoszenia oczu:
- Babciu, to jedziesz w końcu czy nie? Bo mama mówi, że to się przełoży.
"To się przełoży". Jak wizytę u fryzjera.
W niedzielę zaprosiłam ich na obiad. Rosół, schabowe, ziemniaki z koperkiem. Dzieci poszły do pokoju oglądać bajkę, a ja położyłam kopertę obok talerza Marty.
- Jadę.
Marta odłożyła widelec.
- Mamo, przecież rozmawiałyśmy.
- Ty rozmawiałaś. Ja słuchałam.
Zrobiło się cicho. Słychać było tylko telewizor zza ściany i to, jak Paweł powoli miesza herbatę.
- Ty nie rozumiesz - zaczęła Marta i głos jej się złamał już na drugim słowie. - U nas jest fuzja. W październiku zwolnili dwie dziewczyny z mojego działu. Szef patrzy, kto wychodzi o szesnastej. Jak w grudniu będę się zrywać po dzieci, to w styczniu mnie nie będzie. Ja nie mam nikogo poza tobą, rozumiesz? Nikogo.
Patrzyłam na jej ręce. Trzymała kubek obiema dłońmi i te dłonie się trzęsły. Trzydzieści osiem lat, a pod oczami miała sińce jak ja po nocnych zmianach. Nigdy mi o tym nie powiedziała. Ani o fuzji, ani o dziewczynach z działu. Przychodziła o szóstej, mówiła "dzięki, mamo" i wychodziła.
- Córcia - powiedziałam cicho. - Właśnie to jest problem. Że nie masz nikogo poza mną. A co, jak mnie kiedyś zabraknie na dłużej niż trzy tygodnie?
Marta zaczęła płakać. Nie głośno, tylko tak, jak płaczą zmęczeni ludzie - bez siły.
I wtedy odezwał się Paweł. Paweł, który przez sześć lat przy moim stole mówił głównie "pyszne, mamo" i "jeszcze dokładkę".
- Mama jedzie - powiedział. - Ja w grudniu wezmę trasy krajowe. Szef od dawna chce, żeby ktoś je wziął, bo nikt nie chce. Mniej zarobię, trudno. Będę w domu przed czwartą.
Marta spojrzała na niego, jakby go pierwszy raz widziała.
- Czemu nic nie mówiłeś?
- Bo nikt mnie nie pytał - wzruszył ramionami. - Zawsze była mama.
Pojechałam drugiego grudnia pociągiem z Kaliskiej, z walizką, którą Zdzisiu kupił nam na ostatnie wspólne wakacje w Łebie. W pokoju mieszkałam z panią Haliną z Opola, która chrapała i opowiadała dowcipy o zięciu. Rano masaże i borowina, po południu spacer wzdłuż tężni. Kręgosłup po tygodniu przestał mnie budzić o czwartej nad ranem.
Antek dzwonił codziennie o siódmej wieczorem.
- Babcia, tata robi naleśniki, ale przypala. I nie wie, gdzie jest zeszyt do religii. I zapomniał o basenie, ale potem pojechaliśmy na drugą godzinę.
Czwartego dnia zadzwoniła Marta. Długo milczała w słuchawce.
- Mamo... a jak kręgosłup?
Sześć lat. Pierwszy raz zapytała.
- Lepiej - odpowiedziałam. - Dużo lepiej.
- Wiesz, że ja nawet nie wiedziałam, w które dni Zuzia ma angielski? Paweł musiał dzwonić do szkoły.
Nie odpowiedziałam. Nie musiałam.
Wróciłam dwudziestego drugiego. Marta pracy nie straciła. Paweł przez święta chodził z miną człowieka, który odkrył, że dzieci po szkole są głodne jak wilki. A w styczniu usiedliśmy we troje przy moim stole z kartką i długopisem. Od tamtej pory odbieram wnuki w poniedziałki, wtorki i czwartki. W środy jest świetlica i Paweł, w piątki Marta wychodzi wcześniej i odrabia to wieczorem.
Fizjoterapeutka z Ciechocinka kazała mi chodzić na basen. Chodzę w środy.
O osiemnastej jestem w wodzie. Pierwszy raz od sześciu lat ktoś inny patrzy wtedy na zegarek.