Pani z kiosku przy przedszkolu na Lipowej, wydając mi gazetę, pochwaliła męża: co czwartek o szesnastej odbiera małą, zawsze kupuje jej lizaka. Zapytała, czy wnuczka pójdzie już do zerówki. Wnuków nie mamy. W czwartki mąż chodzi na basen.
Pani Bogusia podała mi gazetę razem z resztą i uśmiechnęła się tak, jak się uśmiechają ludzie, którzy mają dla kogoś miłą nowinę.
- A pan Wojtek to złoty człowiek, pani Elu. Co czwartek o czwartej, jak w zegarku. Odbiera małą z przedszkola, a po drodze zawsze u mnie lizaka kupuje. Truskawkowego, bo innych nie chce. - Oparła łokcie na ladzie. - To co, we wrześniu już do zerówki?
Stałam z drobnymi w dłoni. Dwuzłotówka wyśliznęła mi się spomiędzy palców, stuknęła o blaszany parapet kiosku i potoczyła się gdzieś pod moje buty. Nie schyliłam się.
- Pójdzie - usłyszałam własny głos. - Pewnie pójdzie.
Wnuków nie mamy. Nie mamy nawet dzieci. A w czwartki mój mąż chodzi na basen.
Do przystanku szłam tak wolno, jakby chodnik się topił. Na Lipowej znalazłam się przypadkiem - raz na pół roku robię w przychodni obok morfologię, a potem kupuję gazetę u Bogusi, bo znamy się od lat. Przez dwanaście wiosen wypełniałam jej PIT-y, kiedy jeszcze pracowałam w księgowości spółdzielni. Wojtka znała z widzenia, bo przyjeżdżał po mnie naszym oplem i trąbił dwa razy krótko, zawsze tak samo.
Nie mogła się pomylić. I to było najgorsze.
W tramwaju liczyłam. Basen zaczął się trzy lata temu, kiedy ortopeda powiedział mu, że z takim kręgosłupem albo woda, albo za pięć lat laska. Wojtek, który przejeździł w łódzkim MPK trzydzieści osiem lat jako motorniczy i ani razu nie spóźnił się na zmianę, pakował co czwartek granatową torbę: ręcznik, klapki, czepek, żel pod prysznic. Wychodził o wpół do czwartej. Wracał przed ósmą z mokrym ręcznikiem, który sam rozwieszał na suszarce w łazience.
Mokrym. Ale nigdy nie pachniał chlorem. Raz nawet zapytałam, a on wzruszył ramionami.
- Teraz wszędzie ozonują, Ela. Nie te czasy.
I uwierzyłam. Bo czemu miałabym nie wierzyć człowiekowi, z którym od trzydziestu dziewięciu lat jem śniadanie przy jednym stole?
Przez trzy dni nic nie powiedziałam. Gotowałam mu pomidorową, prasowałam koszule, w niedzielę na mszy podałam mu rękę na znak pokoju. Patrzyłam na jego dłonie i myślałam: te dłonie zapinają komuś kurtkę. Komu? Mogłam zapytać od razu. Ale znałam Wojtka - zbyłby mnie żartem, a ja do końca życia nie wiedziałabym, czy mi się nie przywidziało. Chciałam zobaczyć sama.
W czwartek o wpół do czwartej pocałował mnie w czoło, wziął granatową torbę i wyszedł. Odczekałam pięć minut i pojechałam następnym tramwajem.
Stanęłam po drugiej stronie Lipowej, za krzakiem bzu, który kwitł tak, że aż dusiło. Za kwadrans czwarta. Za pięć. O czwartej równo Wojtek wyszedł zza rogu z torbą na ramieniu, zatrzymał się przy kiosku i wziął od Bogusi lizaka. Zamienili parę słów, Bogusia się zaśmiała.
Drzwi przedszkola otworzyły się kilka minut później. Wybiegła z nich ruda dziewczynka w różowej kurtce, z plecaczkiem w biedronki, i krzyknęła na całą ulicę:
- Dziadziuś!
Wojtek przykucnął - prawie słyszałam, jak strzelają mu kolana - i zapiął jej kurtkę pod samą brodę. Jednym ruchem, kciukiem przytrzymując suwak, żeby nie przyciąć skóry. Tak samo zapina moją, kiedy w zimie idziemy na cmentarz do teściów. Trzydzieści dziewięć lat ten gest był mój.
Poszłam za nimi. Dwie przecznice, blok z odnowioną elewacją, klatka numer trzy. Wojtek wyjął z kieszeni klucze. Swoje klucze. Do cudzych drzwi.
Wróciłam do domu i usiadłam w kuchni. Siedziałam do za dwadzieścia ósma, kiedy w zamku zgrzytnęło.
Postawił torbę na krześle, jak zawsze. Wstałam, rozsunęłam zamek i wyjęłam ręcznik. Był wilgotny. Przyłożyłam go do twarzy. Lawenda. Płyn do płukania, którego nigdy w życiu nie kupiłam.
- Jak woda? - zapytałam.
- Dobra. Ciepła dzisiaj.
- A mała? Też lubi ciepłą?
Wojtek stał w przedpokoju z jednym butem zdjętym, drugim na nodze. Bardzo długo. Potem usiadł na taborecie przy drzwiach, tym od wiązania sznurówek, i zdjął okulary.
- Od Bogusi wiesz - powiedział. Nie pytał.
- Ile ma lat?
- Pięć. Zuzia.
- Czyja jest, Wojtek?
Przetarł oczy wierzchem dłoni.
- Marty. Mojej córki.
Opowiadał przy kuchennym stole, a ja trzymałam ten ręcznik na kolanach, jakby był czymś, co trzeba chronić. Dziewięćdziesiąty czwarty. Rok, w którym co miesiąc jeździliśmy do kliniki. Rok zastrzyków, kalendarzyków i mojego płaczu w łazience przy odkręconym kranie, żeby nie słyszał. Słyszał. I uciekł - na kilka miesięcy - do Grażyny, dyspozytorki z zajezdni, która się śmiała, kiedy on opowiadał dowcipy.
- Zaszła na jesieni. Powiedziała, że ci tego nie zrobi. Że masz dość bólu i ona nie będzie tą, przez którą... - urwał. - Kazała mi zniknąć. Pół roku później wyszła za Stefana z warsztatów. Stefan dał małej nazwisko. Ja dałem słowo, że się nie wtrącę. I nie wtrąciłem się, Ela. Przez trzydzieści lat.
- A teraz?
- Grażyna umarła dwa lata temu, Stefan jeszcze wcześniej. Przed śmiercią powiedziała Marcie, kto jest jej ojcem. Marta znalazła mnie przez chłopaków z zajezdni. Jest sama z małą, tamten się ulotnił. W czwartki ma w drogerii zmianę do siódmej, a przedszkole do piątej. Nie miała kogo poprosić. - Podniósł na mnie oczy. - Ona chciała, żebym ci powiedział. Od pierwszego dnia. Mówiła, że nie będzie niczyim sekretem.
- A ręcznik?
- Moczyłem u niej pod kranem. Pierwszy rok chodziłem na ten basen naprawdę. - Spuścił głowę. - Jak gówniarz, wiem.
- To czemu nie powiedziałeś?
- Bo jak? - Głos mu się załamał. - Jak miałem ci powiedzieć, że mam dziecko? Tobie?
Ręcznik zsunął mi się z kolan na podłogę. Nie podniosłam go, tak samo jak tamtej dwuzłotówki. Bo zrozumiałam, że on nie prowadził podwójnego życia. On się po prostu przez trzydzieści lat bał jednego zdania. I wcale nie było mi przez to lżej.
Tej nocy spałam w małym pokoju. W tym, który w dziewięćdziesiątym pomalowaliśmy na żółto, bo żółty pasuje i do chłopca, i do dziewczynki. Potem stanęła tam deska do prasowania i Wojtka skrzynka z narzędziami. Leżałam na wersalce i do rana patrzyłam w żółty sufit.
Przez dwa tygodnie mówiliśmy do siebie tylko tyle, ile trzeba. Obiad na stole. Przyszedł rachunek za gaz. W kolejny czwartek stanął w drzwiach bez torby i nie wiedział, co zrobić z rękami.
- Idź - powiedziałam. - Dziecko niczemu nie jest winne.
Poszedł. Bez basenu, bez ręcznika, bez lawendy.
W trzecim tygodniu złapała go rwa kulszowa. Leżał w dużym pokoju, nie mógł się sam obrócić na bok, a w środę wieczorem zadzwonił jego telefon. Słyszałam z kuchni, jak mówi cicho:
- Marta, ja nie wstanę, no nie dam rady... Nie wiem, dziecko. Nie wiem.
Wytarłam ręce w ścierkę i weszłam do pokoju.
- Daj mi ją.
Patrzył na mnie, jakby nie zrozumiał. Wzięłam od niego telefon.
- Pani Marto, tu Elżbieta. Ja jutro odbiorę Zuzię. Niech pani tylko wyśle do przedszkola upoważnienie, przyjdę z dowodem.
Po drugiej stronie była długa cisza. Potem ktoś bardzo młody i bardzo zmęczony powiedział:
- Dziękuję.
W czwartek o za pięć czwarta stałam przy kiosku. Bogusia wychyliła się z okienka i zrobiła wielkie oczy.
- A pan Wojtek?
- Kręgosłup. - Położyłam na ladzie dwa złote. - Jednego lizaka poproszę. Truskawkowego, bo innych nie chce.
Zuzia wyszła ostatnia, za rękę z wychowawczynią. Popatrzyła na mnie z dołu, podejrzliwie, tak jak patrzą tylko dzieci i koty.
- Mama mówiła, że dziś przyjdzie pani Ela.
- To ja - powiedziałam. I przykucnęłam, chociaż mnie też strzelają kolana, i zapięłam jej kurtkę pod samą brodę. Kciukiem przytrzymując suwak.
O siódmej piętnaście w drzwiach mieszkania na trzecim piętrze stanęła Marta. Miała oczy Wojtka. Tego bałam się najbardziej i właśnie to mnie rozbroiło.
- Ja go prosiłam, żeby pani powiedział - zaczęła od progu. - Naprawdę, od samego początku...
- Wiem - przerwałam jej. - Wiem, dziecko.
Nie wybaczyłam Wojtkowi. Jeszcze nie. Rwa mu przeszła, a na basen i tak nie wrócił. Za to w czwartki o czwartej stoimy teraz pod przedszkolem na Lipowej we dwoje, jak w zegarku. Bogusia o nic już nie pyta. Tylko raz, w czerwcu, upewniła się, czy mała pójdzie do zerówki.
- Pójdzie - odpowiedziałam. Tym razem wiedziałam to na pewno.