Mąż odszedł do Renaty w 2011 roku, rozwód dostaliśmy rok później. W niedzielę zadzwonili z SOR-u w Koninie: przywieźli go po wypadku na rowerze, a w portfelu miał kartkę "w razie wypadku dzwonić do żony" i mój numer, jego pismem. Pielęgniarka zapytała, czy przywiozę mu piżamę.
Klęczałam na działce przy grządce z pomidorami, z rękami po łokcie w ziemi, kiedy w kieszeni fartucha zawibrował telefon. Nieznany numer. W niedzielę o czwartej po południu nikt normalny nie dzwoni z nieznanego numeru, więc wytarłam palce o spodnie i odebrałam, gotowa powiedzieć, że nie, nie chcę zmieniać dostawcy prądu.
- Dzień dobry, Szpitalny Oddział Ratunkowy w Koninie. Czy rozmawiam z żoną pana Zbigniewa Wróbla?
Sadzonka wysunęła mi się z ręki i przewróciła na bok. Patrzyłam na nią i nie mogłam się schylić.
- Z byłą żoną - powiedziałam. - Co się stało?
Pielęgniarka mówiła szybko, jak ktoś, kto ma za plecami jeszcze dziesięć takich telefonów. Ścieżka rowerowa nad Jeziorem Gosławskim, żwir, przewrócił się. Złamany obojczyk, rozcięty łuk brwiowy, podejrzenie wstrząśnienia mózgu. Zostanie na obserwacji, pewnie do środy. Przytomny, tylko trochę splątany.
- Miał w portfelu kartkę: "w razie wypadku dzwonić do żony". I pani numer. Nikogo innego nie podaje. Przywiezie mu pani piżamę? Szczoteczkę, kapcie? Leży w tym, w czym go przywieźli.
- Proszę pani, ja z nim od czternastu lat nie mieszkam. On ma... partnerkę.
Cisza trwała może dwie sekundy.
- Mnie tu nikt o żadnej partnerce nie mówi. Mam pana z obojczykiem, który powtarza, że Ela przywiezie. To pani jest Ela?
Byłam Elą. Dla Zbyszka zawsze byłam Elą, nawet tamtego październikowego wieczoru w 2011 roku, kiedy stał w przedpokoju naszego mieszkania na Zatorzu z torbą sportową i mówił, że nie potrafi dłużej udawać. Trzydzieści jeden lat małżeństwa zmieściło się w jednej torbie i jednym zdaniu.
Rozłączyłam się, nie obiecując niczego. Potem zebrałam narzędzia, zamknęłam altankę i pojechałam do domu. Umyłam ręce, stanęłam przed szafą i dopiero wtedy dotarło do mnie, że przecież nie mam w niej ani jednej jego rzeczy. Sklepy w niedzielę zamknięte. Wrzuciłam do reklamówki nową szczoteczkę z paczki, ręcznik, kubek z uszkiem i paczkę chusteczek. I pojechałam.
Szłam szpitalnym korytarzem i liczyłam, ile razy w ciągu tych lat widziałam go z bliska. Komunia wnuczki w Poznaniu, gdzie siedzieliśmy na dwóch końcach stołu. Pogrzeb jego matki. Raz w Kauflandzie, przy regale z kawą - udaliśmy oboje, że się nie zauważyliśmy. Renata była wtedy z nim. Pamiętam jej czerwony płaszcz.
Leżał na łóżku przy oknie, w przepoconej koszulce rowerowej, z ręką na temblaku i plastrem nad brwią. Miał sześćdziesiąt pięć lat i nagle wyglądał na wszystkie naraz. Emerytowany górnik z kopalni węgla brunatnego, który kiedyś nosił mnie na rękach po schodach na czwarte piętro, bo założyłam się, że nie da rady.
- Przyjechałaś - powiedział. Nie zdziwiony. Raczej jak ktoś, komu potwierdziło się coś, co i tak wiedział.
- Zadzwonili. - Postawiłam reklamówkę na szafce. - Gdzie Renata?
Odwrócił głowę do okna.
- W Gdańsku. U córki.
- Na długo?
- Na zawsze. Od pięciu lat.
Usiadłam na plastikowym krześle, bo nogi same mnie posadziły.
- Ona tam miała wnuki - mówił dalej, do szyby. - Chciała, żebym jechał. A ja tu mam jezioro, chłopaków z kopalni, grób matki. Pokłóciliśmy się raz, porządnie, i każde zostało przy swoim. Bez krzyków. Po prostu wyjechała i już nie wróciła.
- I mieszkasz sam?
- Na Chorzeniu. Kawalerka po ciotce.
Pielęgniarka przyniosła mi jego portfel w woreczku, żebym "przypilnowała dokumentów". Kartka leżała za dowodem. Kawałek kratkowanego papieru z zeszytu, oklejony przezroczystą taśmą, żeby się nie wytarł. Litery koślawe, pisane chyba na kolanie: "W razie wypadku dzwonić do żony". I mój numer. Ten sam od dwudziestu lat, bo nigdy nie miałam powodu go zmieniać.
- Kiedy to napisałeś?
- Dwa lata temu. Jak Heniek z naszego bloku zmarł w mieszkaniu i znaleźli go po tygodniu. Policja chodziła po klatce i pytała, czy ktoś ma kontakt do rodziny. Nikt nie miał.
- Ale czemu "do żony", Zbyszek? Czternaście lat po rozwodzie?
Długo milczał. Na korytarzu ktoś pchał wózek z obiadami, brzęczały talerze.
- Bo jak napiszę "była żona", to pomyślą, że nieaktualne, i nie zadzwonią - powiedział w końcu. - A ty byś przyjechała. Nikogo innego nie byłem pewien.
Poczułam, jak coś we mnie gorzeje. Nie wzruszenie. Złość, stara i dobrze przechowana, jak słoik ogórków w piwnicy.
- Nie byłeś pewien własnego syna?
- Michał ma swoje życie. Poznań to nie jest za rogiem.
Wyszłam na korytarz i zadzwoniłam do Michała. Odebrał po drugim sygnale, w tle grał telewizor i krzyczała Zuzia.
- Mamo? Coś się stało?
Powiedziałam mu o wypadku. Westchnął, zapytał, czy z ojcem dobrze, czy ma przyjechać. A potem zapytałam o Gdańsk i usłyszałam w słuchawce tę samą ciszę, co u pielęgniarki. Tylko dłuższą.
- Wiem, mamo. Od początku wiem.
- Pięć lat?
- A co miałem ci powiedzieć? Ty dopiero co przestałaś o nim mówić. Dwa lata po rozwodzie patrzyłaś przez okno, czy jego samochód nie stoi pod blokiem. Ja to widziałem, miałem wtedy dwadzieścia osiem lat i widziałem. Miałem ci zadzwonić i powiedzieć, że jest sam? Żebyś zaczęła mu nosić obiady?
Nie umiałam mu odpowiedzieć. Bo miał trochę racji. I dlatego bolało.
Stałam pod automatem z kawą i myślałam, że wszyscy mnie chronili. Michał - przed ojcem. Zbyszek - przed sobą, przez pięć lat milczenia, a jednocześnie nosił mój numer w portfelu jak zapasowy klucz. Tylko nikt nie zapytał, czy ja w ogóle chcę być chroniona.
W poniedziałek o siódmej rano byłam w Pepco. Kupiłam granatową piżamę w kratę, rozmiar XL, bo w ramionach zawsze był szeroki, i kapcie z miękką podeszwą. W samochodzie obcięłam metki nożyczkami do sadzonek. Zawiozłam przed pracą, położyłam na łóżku i nie zostałam na kawę.
W środę go odebrałam. Z obojczykiem na sześć tygodni autobusem by nie pojechał, a Michał nie mógł wziąć wolnego. Kawalerka na Chorzeniu była czysta, ale pusta w ten sposób, w jaki puste są mieszkania samotnych mężczyzn. W lodówce kefir, musztarda i pół kostki masła. Na drzwiach lodówki magnes z Kołobrzegu. Kupiliśmy go razem w 1998 roku.
Ugotowałam mu garnek rosołu, bo jedną ręką nic by sobie nie zrobił. Kiedy jadł, pochylony nad talerzem, powiedziałam:
- Posłuchaj. Do zdjęcia temblaka będę ci we wtorki robić zakupy. Sześć tygodni. Potem sam.
- Dobrze - odpowiedział. Nie prosił o więcej. To mu trzeba przyznać.
Potem wyjęłam z jego portfela tamtą kartkę. Patrzył, jak ją składam na pół i chowam do swojej torebki. Nie zaprotestował. Wyrwałam z mojego notesu nową, kratkowaną, i napisałam drukowanymi literami: "W razie wypadku dzwonić do syna". Pod spodem numer Michała. Zadzwoniłam do niego jeszcze z kuchni i powiedziałam, że od dziś to on jest pierwszy na liście. Nie dyskutował.
Kartkę okleiłam taśmą, tak samo jak on tamtą. Zawahałam się z długopisem nad pustym miejscem na dole. I dopisałam mniejszymi literami swój numer. A przed nim jedno słowo: "Ela". Bez "żony". Bez "byłej".
Włożyłam kartkę za jego dowód i oddałam mu portfel. Przeczytał, poruszył ustami, jakby chciał coś powiedzieć, i tylko kiwnął głową.
Tamtą starą kartkę mam do dziś. Leży w szufladzie z dokumentami, między aktem małżeństwa a wyrokiem rozwodowym. Bo tam właśnie jej miejsce - między jednym a drugim.