W moje sześćdziesiąte ósme urodziny, jak co dzień, odebrałam wnuki ze szkoły i ugotowałam im obiad. Wieczorem synowa wróciła z pracy z tortem. Poprosiła, żebym schowała go do lodówki — na jutro, dla koleżanki z biura
Pudełko było z cukierni na Krakowskim Przedmieściu, tej droższej, do której sama chodzę tylko przed Wielkanocą. Biały karton, złota wstążka, a na wieczku karteczka przyklejona taśmą, napisana okrągłym pismem Marzeny: „Ela - 50!". Trzymałam je w obu rękach przed otwartą lodówką i szukałam miejsca między garnkiem z pomidorową a jogurtami dzieci.
- Mamo, tylko płasko, bo tam jest bita śmietana - zawołała Marzena z przedpokoju, ściągając buty. - Jutro rano wezmę, w biurze lodówka padła, a dziewczyny się zrzuciły.
Przesunęłam garnek. Postawiłam tort płasko. Zamknęłam drzwiczki. I przez dobrą minutę stałam w tej kuchni, słuchając, jak lodówka mruczy, a w pokoju Kuba kłóci się z Zosią o pilota.
Tamtego dnia skończyłam sześćdziesiąt osiem lat.
Od sześciu lat, od kiedy Grzesiek zaczął jeździć na TIR-ach po Niemczech i Holandii, prawie każdy mój dzień wygląda tak samo. Rano autobus z Czechowa na Węglin, do ich szeregowca. Przy szkole jestem za dwadzieścia pierwsza, bo Zosia kończy wcześniej, a potem czekamy jeszcze na Kubę. Obiad, lekcje, pranie, jeśli akurat jest. O szóstej, czasem o siódmej, wraca Marzena, a ja wracam do siebie, na osiedle, gdzie mieszkam sama, odkąd pochowałam Henryka.
Nie narzekam. Czterdzieści lat stałam za ladą w aptece przy Lubartowskiej, wiem, co to znaczy, kiedy człowiek nie ma z kim zostawić dziecka. Sama zostawiałam Grześka u teściowej i płakałam w tramwaju. Więc kiedy Marzena wróciła do pracy po urlopie wychowawczym, to było oczywiste. Babcia jest. Babcia odbierze.
Tylko że tamtego dnia od rana trochę czekałam.
Nie na nic wielkiego. Rano zadzwoniła do mnie siostra z Kielc, potem pani Krysia z drugiego piętra przyniosła mi pod drzwi doniczkę z fiołkiem. Zosia w autobusie powiedziała mi, że dostała szóstkę z dyktanda, a Kuba, że Antek z jego klasy ma nowy telefon. Lepiłam z nimi kopytka i myślałam: no, wieczorem. Marzena na pewno pamięta. Zawsze pamiętała. Dwa lata temu kupiła mi szal, rok temu bon do fryzjera.
I kiedy usłyszałam klucz w zamku, a potem szelest kartonu, serce mi naprawdę podskoczyło. Jak głupiej.
- No i dzięki, mamo, ratuje mnie mama - powiedziała Marzena, już w kuchni, sięgając po kubek. - Co za dzień. Szef wymyślił kontrolę na piątek, wszystko na wczoraj. Dzieci jadły?
- Jadły.
- A Kuba odrobił matmę?
- Odrobił.
Nalała sobie wody z kranu i wypiła duszkiem. Wyglądała na zmęczoną. Bardziej niż zwykle, cienie pod oczami, włosy spięte byle jak. Pomyślałam, że może dlatego. Że może zaraz się złapie za głowę i powie: „Matko, przecież mama ma dzisiaj...". Czekałam, aż spojrzy na kalendarz na lodówce. Ten z kotami, który sama im kupiłam. Pod dzisiejszą datą Zosia jeszcze we wrześniu narysowała flamastrem serduszko i napisała „BABCIA". Kalendarz wisiał centymetr od jej ręki.
Nie spojrzała.
Ubrałam płaszcz, pocałowałam dzieci. Zosia przytuliła mi się do brzucha, Kuba mruknął „pa babciu" znad telefonu. W autobusie siedziałam przy oknie i patrzyłam na światła, i nie płakałam. Byłam z siebie nawet trochę dumna, że nie płaczę.
Grzesiek napisał za dwadzieścia dwunasta: „Mamo, sto lat!!! Sorry, cały dzień w trasie, zadzwonię w niedzielę". Odpisałam „Dziękuję synku, uważaj na drodze". Potem leżałam i patrzyłam w sufit aż do trzeciej.
Rano, o siódmej, napisałam do Marzeny SMS. Pisałam go chyba z pół godziny, kasowałam, zaczynałam od nowa. W końcu wysłałam krótki:
„Dziś nie odbiorę dzieci. Wczoraj miałam urodziny. Muszę odpocząć."
Telefon zadzwonił po czterech minutach. Nie odebrałam. Potem jeszcze dwa razy. Potem przyszedł SMS: „Mamo przepraszam!!! Załatwię coś". Wyłączyłam dźwięk i poszłam na Ogród Saski. Sama. Pierwszy raz od nie wiem ilu lat w piątek w południe nie stałam pod szkołą. Siedziałam na ławce i czułam się jak wagarowiczka. I jak najgorsza babcia na świecie. Na zmianę.
Wiem, że Marzena musiała się zwolnić z pracy. W dniu tej kontroli, którą wymyślił szef. Wiem, bo Kuba zadzwonił do mnie wieczorem z jej telefonu i powiedział z wyrzutem: „Mama mówi, że się na nas pogniewałaś". Nie wiedziałam, co mu odpowiedzieć. Powiedziałam, że się nie pogniewałam. Że babcia też czasem potrzebuje dnia dla siebie.
O wpół do dziewiątej ktoś zapukał. Marzena stała na wycieraczce z papierową torebką z perfumerii i z oczami czerwonymi od płaczu.
- Mamo, ja... - zaczęła i urwała. - Ja naprawdę pamiętałam. Miałam to w samochodzie od środy. Chciałam w niedzielę, jak Grzesiek wróci, żebyśmy razem, z tortem, porządnie... Nie dla Eli. Dla mamy. A wczoraj po prostu... wyleciało mi. Wszystko mi wylatuje.
Postawiła torebkę na szafce w przedpokoju. Nie weszła dalej, nie zdjęła kurtki.
- Mama mogła po prostu powiedzieć - dodała cicho. - Zamiast tak.
I poszła.
Może mówiła prawdę. Grzesiek rzeczywiście miał wrócić w niedzielę. Marzena rzeczywiście ma na głowie dom, pracę, dwoje dzieci i męża, którego widuje dwa razy w miesiącu. Rzeczywiście mogłam powiedzieć. Tak się mówi w rodzinie, prawda? „Marzenko, a wiesz, że ja dziś mam urodziny?". I byłoby po sprawie. Uśmiech, przeprosiny, kawałek tego tortu dla Eli.
Tylko że ja nie chciałam sobie urodzin przypominać. Chciałam, żeby ktoś o nich pamiętał.
W niedzielę Grzesiek przyjechał, zadzwonił, zaprosił na obiad. Pojechałam. Był sernik z Biedronki, były kwiaty, Zosia zaśpiewała „Sto lat" najgłośniej. Nikt nie wspomniał o piątku. W poniedziałek o dwunastej czterdzieści stałam pod szkołą, jak zawsze.
Torebka z perfumerii wciąż stoi w moim przedpokoju. Nie otworzyłam jej. Boję się, że w środku znajdę paragon z datą sprzed tygodnia - i będę musiała przeprosić. I boję się, że znajdę paragon z piątku.