Od siedmiu lat całe wakacje spędzam z wnukami na działce, żeby córka z zięciem mogli spokojnie pracować. W tym roku siostra zaprosiła mnie na tydzień do Kołobrzegu. Córka powiedziała: „jasne, mamo, ale mogłaś nas najpierw zapytać”.

Na lodówce u Agnieszki od marca wisiał kalendarz z kotkami. Każdy tydzień lipca i sierpnia był podpisany jej równym, szkolnym pismem jednym słowem: „Mama”. Dopiero w czerwcu zauważyłam, że przy jednym weekendzie ktoś dopisał coś innym długopisem. Ale do tego jeszcze dojdę.

Bo najpierw był telefon od Krysi.

- Lucynka, ja ci nie dam spokoju - powiedziała siostra głosem, jakiego nie słyszałam od pogrzebu Zdzisia. - Pensjonat opłacony od stycznia, zwrotu nie dają. Mieliśmy jechać we dwoje. Od osiemnastego do dwudziestego piątego lipca. Nie każ mi siedzieć tam samej przy stoliku na dwie osoby.

Stałam wtedy w swojej kuchni na Szydłówku, z nożyczkami w ręku, bo pani Basia z parteru przyszła na podcięcie. Czterdzieści lat strzygłam ludzi w zakładzie przy Sienkiewicza, a na emeryturze strzygę sąsiadki przy kuchennym stole. Pani Basia zerknęła na mnie w lustrze i powiedziała cicho: „Niech pani jedzie, pani Lucyno”. I ja powiedziałam Krysi, że jadę. Ot tak. Pierwszy raz od lat coś postanowiłam, zanim to przemyślałam.

Morza nie widziałam od dwudziestu dwóch lat. Ostatni raz z mężem, jeszcze zanim nas zostawił dla kobiety z Ostrowca. Potem był kredyt, potem Agnieszka na studiach, potem wnuki. Kuba miał cztery lata, kiedy pierwszy raz został ze mną na całe wakacje. Teraz ma jedenaście. Zosia ma osiem i nie pamięta lata bez babci.

Rano Agnieszka przywoziła ich do mnie przed siódmą, w drodze do urzędu skarbowego, gdzie pracuje. Dariusz jeździ jako kierowca w hurtowni, wraca różnie. Brałam dzieci, kanapki, krem z filtrem i szłyśmy na autobus do ogródków. Tam altanka, porzeczki, kompot w słoiku, rozkładane łóżko pod orzechem. O piątej wracaliśmy, o szóstej Agnieszka odbierała. Siedem lat, dzień w dzień, z przerwą na jeden tydzień, kiedy miałam zapalenie oskrzeli i Dariusz brał urlop. Pamiętam, jak wtedy mówił przez telefon do kogoś: „No, teściowa nawaliła”. Żartował. Chyba.

O Kołobrzegu powiedziałam im w niedzielę, przy rosole. Agnieszka odłożyła łyżkę.

- Jasne, mamo. Jedź. - Uśmiechnęła się. - Ale mogłaś nas najpierw zapytać.

Dariusz patrzył w talerz. Zosia zapytała, czy babcia przywiezie muszelkę. A ja siedziałam i czułam, jak mi rosną uszy, jak u dziecka przyłapanego na kłamstwie. Zapytać. O pozwolenie. Na tydzień nad morzem, w wieku sześćdziesięciu trzech lat.

Przez następne dni Agnieszka dzwoniła częściej niż zwykle. Czy Krysia nie może przesunąć terminu. Czy to na pewno cały tydzień. Czy mama wie, że u nich teraz w urzędzie restrukturyzacja i urlopu nikt nie dostanie. Mówiła spokojnie, rozsądnie, tak jak umie tylko ona. Za każdym razem kończyła: „Ale nie, mamo, jedź, ja przecież nic nie mówię”.

Pod koniec czerwca poszłam do nich po klucze do piwnicy. Agnieszka była w pracy, otworzył mi Kuba. I wtedy zobaczyłam ten kalendarz. Lipiec: „Mama”, „Mama”, „Mama”. A przy weekendzie siedemnastego lipca, zielonym długopisem, którego ona nigdy nie używa: „Zakopane!!! 10 lat”.

- Babciu, a wiesz, że mama z tatą jadą sami w góry? - powiedział Kuba z buzią pełną płatków. - My mamy być u ciebie do niedzieli. Tylko to tajemnica, bo mama mówi, że jak się babcię za wcześnie zapyta, to babcia zacznie się martwić.

Usiadłam na taborecie w przedpokoju. Dziesiąta rocznica ślubu. Wiedziałam o niej, nawet kupiłam już kartkę. Nie wiedziałam tylko, że w ich planie byłam wpisana jak godziny otwarcia sklepu.

Wieczorem przyszła sama. Bez dzieci, bez Dariusza. Stanęła w drzwiach mojej kuchni i nie zdjęła kurtki.

- Kuba mi powiedział, że widziałaś.

- Widziałam.

- Mamo, ja chciałam zapytać. Naprawdę. Tylko... - Zamilkła i zaczęła skubać zamek kurtki, jak wtedy, kiedy miała dziesięć lat i przynosiła dwóję. - My przez dziesięć lat nie byliśmy nigdzie we dwoje. Ani razu. Darek mi ostatnio powiedział, że czuje się jak współlokator. Rozumiesz? Ja mam trzydzieści sześć lat i mąż mi mówi, że jest moim współlokatorem.

- I dlatego nie zapytałaś?

- Nie zapytałam, bo ty zawsze jesteś! - Głos jej się załamał. - Ty nigdy niczego nie chcesz, mamo. Nigdy. Skąd miałam wiedzieć, że akurat w tym roku zechcesz?

Chciałam jej powiedzieć, że chciałam co roku. Że co roku w lipcu patrzyłam na zdjęcia, które Krysia wrzucała na Facebooka - molo, latarnia, ona i Zdziś w jednakowych kapeluszach. Że nikt mnie nie zapytał, czy chcę. Ale nie powiedziałam. Bo w jednym miała rację: ja też nikogo nie pytałam. Po prostu byłam.

Pojechałam. Prawie cały dzień pociągiem, z przesiadką. Krysia czekała na peronie z dwoma lodami w rękach i obie płakałyśmy, zanim zdążyłyśmy się przywitać. Przez tydzień chodziłam boso po plaży, jadłam rybę na kolację i spałam do ósmej. Pierwszego dnia co godzinę patrzyłam w telefon. Trzeciego - już tylko wieczorem.

Agnieszka wzięła tydzień bezpłatnego, choć urlopu podobno nikt nie dostawał. Dzieci pojechały do matki Dariusza do Skarżyska. Zakopane przesunęli na wrzesień. Kiedy odbierała mnie z dworca, uściskała mnie i powiedziała:

- No i widzisz, mamo. Poradziliśmy sobie.

Do dziś nie wiem, jak to było powiedziane. Z ulgą? Z wyrzutem? Czy może z tym cichym zdziwieniem, że dało się - i że można było tak od siedmiu lat.

Sierpień był jak zawsze. Altanka, porzeczki, kompot. Nikt już nie wracał do tamtej rozmowy.

Na Wszystkich Świętych, przy grobie naszej mamy, Agnieszka poprawiała znicze i nagle, nie patrząc na mnie, zapytała:

- To jak, mamo... w przyszłe wakacje?

Pierwszy raz w życiu ktoś mnie o to zapytał. A ja nie umiałam odpowiedzieć.

Nowy kalendarz z kotkami już wisi na jej lodówce. Lipiec i sierpień są jeszcze puste.