Syn zaprosił mnie na wakacje do Chorwacji — „mamo, zobaczysz wreszcie ciepłe morze”. Wnuczka miała dwie drzemki dziennie, a ktoś musiał przy niej siedzieć, więc morze widziałam z balkonu. Na zdjęciach z wyjazdu jestem raz - na lotnisku

Album nazywał się „Chorwacja 2026” i miał słoneczko w nazwie oraz dwieście czternaście zdjęć. Karolina wrzuciła link na rodzinną grupę w niedzielę wieczorem, trzy dni po powrocie. Przewijałam go w kuchni, z okularami zsuniętymi na czubek nosa, i gdzieś przy setnym zdjęciu przestałam oglądać, a zaczęłam liczyć.

Byłam na jednym. Pierwszym. Lotnisko Chopina, czwarta rano, ja z walizką w kwiatki, w nowej bluzce kupionej specjalnie na wyjazd, uśmiechnięta jak dziecko przed komunią. Potem już tylko morze, oni, Zuzia w kapeluszu, oni w porcie, oni na łódce. Mnie nie było. Bo mnie tam, prawdę mówiąc, nie było.

Sześćdziesiąt trzy lata. Czterdzieści lat strzyżenia w zakładzie na Ustroniu, a teraz, na emeryturze, już tylko sąsiadki w mojej kuchni w Radomiu, na krześle przy oknie, z ręcznikiem na ramionach.

Całe życie morze znaczyło dla mnie Bałtyk. Mielno, parawan, wiatr, Zdzisiek w swetrze w sierpniu i jego wieczne: „Lusia, kiedyś pojedziemy na południe, zobaczysz, woda jak zupa”. Nie pojechaliśmy. Cztery lata temu go pochowałam.

Dlatego kiedy w marcu zadzwonił Tomek, rozpłakałam się do słuchawki.

- Mamo, jedziesz z nami do Chorwacji. Makarska, apartament z widokiem na morze. My płacimy, ty tylko pakujesz kostium. Zobaczysz wreszcie ciepłe morze.

Kostium kupiłam w sklepiku na Żeromskiego. Pierwszy od piętnastu lat. Przymierzałam go trzy razy, a ekspedientka mówiła: „Pani wygląda świetnie, naprawdę”. Chciałam jej wierzyć.

Pierwszego ranka w Makarskiej Karolina postawiła na stole elektroniczną nianię.

- Mamusiu, Zuzia śpi od dziesiątej do wpół do dwunastej. My skoczymy na plażę na godzinkę, dobrze?

Godzinka zrobiła się trzema. Po południu druga drzemka, od drugiej do czwartej, i znowu „skoczymy”. Wieczorem Zuzia zasypiała o wpół do ósmej, a oni szli „tylko na kolację do portu”. Siedziałam na balkonie, na plastikowym krześle, z nianią w ręce.

Morze było dokładnie takie, jak mówił Zdzisiek. Turkusowe przy brzegu, granatowe dalej. Jak pocztówka, której nikt mi nie wysłał. Z plaży dochodził śmiech, muzyka z baru, warkot motorówki. Czternaście minut schodami w dół. Liczyłam.

Trzeciego dnia spróbowałam.

- Tomuś, a może jutro ja rano pójdę na plażę, a wy posiedzicie z małą?

- Mamo, rano jest najgorsze słońce, spalisz się. Przecież ty nie lubisz upału.

Nie wiem, skąd to wziął. Może z tamtego lata, kiedy w bloku bez balkonu było trzydzieści pięć stopni i narzekałam przez telefon. Nie sprostowałam. Bo tej samej nocy przez ścianę usłyszałam Karolinę. Szeptała do Tomka, że pierwszy raz od roku przespała się do siódmej. Że ma wrażenie, jakby wróciła do życia. I płakała. Pamiętam siebie z malutkim Tomkiem, kiedy teściowa ani razu nie przyszła pomóc. Więc zamilkłam.

Szóstego dnia był rejs na Brač. Dwa bilety.

- Zuzia na łódce by zwariowała. Mamo, ty z nią zostaniesz, prawda?

Zostałam.

Z balkonu widziałam, jak biała łódka wychodzi z portu. Zuzia spała, niania cicho szumiała, a ja wyjęłam telefon i zrobiłam zdjęcie morzu. Samemu morzu. Nie miałam komu go wysłać, więc wysłałam Halinie z trzeciego piętra. Odpisała po minucie: „Pięknie. A ty gdzie jesteś?”.

Ostatniego dnia obudziłam się o wpół do szóstej. Wszyscy spali. Założyłam kostium pod sukienkę, zeszłam tymi czternastoma minutami schodów i weszłam do wody. Była ciepła jak herbata, którą zapomniało się wypić.

Stałam po pas, sama, na pustej plaży, i płakałam tak, że jakiś pan z psem się zatrzymał. O wpół do siódmej byłam z powrotem. Zuzia obudziła się za kwadrans siódma. Nikt nic nie zauważył.

Po obejrzeniu albumu zadzwoniłam do syna.

- Widziałaś zdjęcia? Fajne, co?

- Tomek, ile razy byłam w morzu?

- No… nie wiem, mamo. Chodziłaś przecież.

- Raz. O szóstej rano, jak spaliście.

Cisza. Słyszałam w tle telewizor i Karolinę: „Co się stało?”. I Tomka, przytłumionego, z ręką na słuchawce: „Mama ma pretensje o Chorwację”.

Pretensje.

- Mamo, mogłaś powiedzieć.

- Mówiłam.

- Mówiłaś, że się spalisz.

- To ty mówiłeś, Tomek.

Westchnął tak jak jego ojciec, kiedy nie chciał się kłócić.

- Zapłaciliśmy za twój bilet, za apartament. Myślałem, że się cieszysz, że jesteś z Zuzią. Zawsze powtarzasz, że wnuczka to twoje największe szczęście.

I miał rację. Powtarzam. Do dziś.

Dwa tygodnie później Karolina napisała: „Mamusiu, przepraszam, nie pomyśleliśmy. W przyszłym roku bierzemy apartament z basenem, wszyscy będziemy przy wodzie”. Serduszko. Zdjęcie Zuzi w kapeluszu.

Tylko że wtedy miałam już w szufladzie umowę z biura podróży. Wrzesień, Makarska, pokój jednoosobowy, pojadę z Haliną. Odpisałam: „Dziękuję, kochanie. W lipcu w przyszłym roku nie dam rady”.

Tomek zadzwonił tego samego wieczoru.

- Mama, to jest jakaś zemsta? Bo ja już nie wiem, co mam zrobić.

Nie odpowiedziałam, bo sama nie wiem. Halina mówi, że dobrze robię, że wreszcie myślę o sobie. Moja siostra z Kozienic mówi, że babcia jest od tego, żeby pomagać, a nie żeby wydziwiać na starość, i że niejedna by dała się pokroić za takie wakacje z wnuczką. Może ma rację. Może gdzieś w tej mojej ciszy na balkonie była jakaś wina i po mojej stronie.

Wydrukowałam to jedno zdjęcie z lotniska. Stoi w meblościance, w ramce, obok ślubnego. Ja z walizką w kwiatki, o czwartej rano, jeszcze przed wszystkim. Jedyne zdjęcie, na którym czekam na morze.