Wnuk pokazywał mi na telefonie taty zdjęcia z wakacji i przewinął za daleko: mój przedpokój, moja kuchnia, mój balkon - w folderze "Mieszkanie M. - dla agenta". Zdjęcia zrobione we wtorek. We wtorek syn przyszedł "naprawić kran".
Kuba siedział mi prawie na kolanach, pachniał słońcem i kremem z filtrem, a ja mrużyłam oczy nad tym małym ekranem i udawałam, że wszystko widzę.
- Babciu, patrz, to jest pomost, z którego skakałem! A to łabędź, on syczał na tatę!
Przesuwał palcem szybko, jak to dzieci. Jezioro, namiot, Ania w słomkowym kapeluszu, znowu jezioro. Dariusz zszedł do samochodu po skrzynkę ogórków od teściów, telefon został na stole, a Kuba znał kod lepiej niż własny adres. Na kuchence dochodził kompot z truskawek, przez otwarte drzwi balkonowe wpadał zapach lip z podwórka.
I nagle jezioro się skończyło.
Zobaczyłam swój przedpokój. Wieszak z moim beżowym płaszczem, lustro w ramie, którą Zbyszek sam lakierował w garażu. Potem kuchnię, ze słoikami na parapecie. Potem balkon, moje pelargonie w skrzynkach i dach szkoły w tle.
- O, to u ciebie! - ucieszył się Kuba, jakby znalazł skarb.
Nad zdjęciami, szarym drobnym drukiem: "Mieszkanie M. - dla agenta". I data. Wtorek.
We wtorek Darek przyszedł naprawić kran.
Wzięłam od Kuby telefon, chyba za mocno, bo spojrzał na mnie zdziwiony. Trzydzieści osiem lat uczyłam matematyki w szkole na Zatorzu i całe życie powtarzałam dzieciakom, że najpierw trzeba przeczytać dane do końca, a dopiero potem wyciągać wnioski.
Więc czytałam. Czternaście zdjęć. Łazienka z nowym kranem, jeszcze z kroplą na wylewce. Pokój, w którym Darek spał jako chłopak, a teraz stoi mój rowerek i szafa z pościelą. Nawet widok z okna sypialni, na kasztan i przystanek.
Wtorek pamiętałam dokładnie. Zadzwonił w poniedziałek wieczorem: "Mamo, ten kran ci dalej kapie? Jutro wpadnę po robocie". Przyszedł z torbą narzędzi, jeszcze w roboczej koszulce z logo warsztatu, zakręcił zawór pod zlewem i powiedział:
- Idź sobie spokojnie po chleb, mamo. I tak nic nie zrobisz, jak wody nie ma. Nie stój nade mną.
Poszłam. W pawilonie spotkałam Krysię z trzeciego piętra i przegadałyśmy dobre pół godziny o jej wnuczce, która dostała się na medycynę. Kiedy wróciłam, kran był suchy, Darek pił herbatę i mówił, że uszczelka była do wymiany od lat. A ja, stara naiwna, pomyślałam sobie: jaki mi się dobry syn udał.
- Kuba, leć do dużego pokoju, puszczę ci bajki - powiedziałam spokojnie. Nie wiem, skąd miałam ten spokój.
Trzasnęły drzwi na klatce. Darek wszedł z tą skrzynką ogórków, zadyszany po czterech piętrach, i już od progu zobaczył telefon w mojej ręce. Postawił skrzynkę na podłodze. Bardzo powoli.
- Mamo, to nie tak.
- To powiedz, jak.
Usiadł naprzeciwko. Ręce położył na ceracie, te swoje ręce z czarnym smarem pod paznokciami, którego nie domyje żadne mydło. Przez chwilę tylko pocierał kciukiem o kciuk.
- Byłem u agentki. Tylko na wycenę. Powiedziała, że bez zdjęć nic konkretnego nie powie.
- Wycenę czego, Darek? Mojego życia?
- Mamo, czwarte piętro bez windy. W zimie dwa razy nie zeszłaś po zakupy, bo było ślisko, sama mi mówiłaś. A na Jarotach jest parter, dwa pokoje, pięć minut od nas. Kuba mógłby do ciebie chodzić po szkole...
- I?
Zamilkł. Kompot zaczął kipieć, wstałam i skręciłam gaz. Stałam do niego plecami, bo nie chciałam, żeby widział moją twarz.
- I zostałoby trochę - powiedział w końcu, cicho.
Wtedy wszystko wyszło. Że dwóch dużych klientów zabrało floty do innego warsztatu. Że leasing na nowy podnośnik i komputer diagnostyczny wziął, jak jeszcze szło dobrze. Że od pół roku przesuwa płatności, żongluje, pożycza od jednego, żeby oddać drugiemu. Że brakuje mu trzydziestu tysięcy, żeby wyjść na prostą.
- Ania wie?
- Wie, że jest ciężko. Nie wie, że aż tak.
I wtedy, zamiast złości, poczułam coś gorszego. Bo ja to już widziałam. Zbyszek w dziewięćdziesiątym szóstym, kiedy padła jego stolarnia. Pół roku chodził rano "do zakładu", a ja się dowiedziałam z listu z banku, który przyszedł, jak on był na rybach. Darek miał wtedy dwanaście lat. Pamiętam, jak mu powiedziałam przy kolacji: "U nas się nie jęczy. U nas się radzi". Myślałam, że uczę go siły.
- Czemu nie przyszedłeś do mnie normalnie? - zapytałam. - Czemu tak, za plecami?
- Bo byś dała. - Podniósł na mnie oczy, czerwone jak u Kuby, kiedy się stłucze. - Z tych swoich na czarną godzinę. A ja nie chciałem brać od ciebie pieniędzy, mamo. Czterdzieści lat mam. Chciałem, żebyś miała lepiej, bliżej nas, na parterze... i żeby przy okazji jakoś się to spięło. Chciałem przyjść z gotowym. Z wyceną, z tym mieszkaniem, ze wszystkim. Żebyś zobaczyła, że to ma sens.
- Żebym nie mogła powiedzieć nie.
Długo milczał. Z dużego pokoju dobiegał śmiech Kuby i jakaś piskliwa melodyjka z bajki.
- Tak - powiedział.
Podeszłam do meblościanki. W drugiej szufladzie, pod serwetkami szydełkowanymi przez moją mamę, trzymałam teczkę z umową lokaty. Położyłam ją przed nim na stole.
- Trzydzieści tysięcy tam jest i jeszcze trochę. Pożyczę ci. Napiszemy umowę, normalnie, na papierze, z datami, bo ja uczyłam matematyki, nie cudów. Ale dziś wieczorem powiesz Ani wszystko. Nie "jest ciężko". Wszystko.
- Mamo...
- A z tego mieszkania - weszłam mu w słowo - wyniosą mnie, jak przyjdzie czas. Albo sama zejdę, jak uznam, że pora. Ale to ja uznam. Nie agentka i nie ty w folderze w telefonie.
Pokiwał głową. Po czterdziestu latach znowu zobaczyłam, jak mojemu synowi trzęsie się broda.
Kiedy już się ubierali w przedpokoju, a Kuba szukał drugiego sandała pod szafką, złapałam Darka za rękaw.
- I jeszcze jedno. Wyślij mi te zdjęcia.
- Po co? - zdziwił się.
- Ładnie wyszła ta kuchnia. Nikt mi jej nigdy nie sfotografował. - Zawahałam się. - I to ogłoszenie z Jarot też mi wyślij. Popatrzę. Sama.
Wieczorem zniosłam śmieci i przez chwilę stałam przed klatką z ręką na poręczy. Liczyłam piętra, jak Darek: pierwsze, drugie, trzecie, czwarte. Moje pelargonie w skrzynkach były stąd malutkie jak z pocztówki. Kolana dawały znać o sobie na każdym stopniu, to prawda. Tylko że ja o tym wiedziałam dużo wcześniej niż jakakolwiek agentka.
Potem wróciłam na górę i pozmywałam szklanki po kompocie. Odkręciłam kran, zakręciłam. Ani kropli.
Dziwne, jak głośna potrafi być cisza w kuchni, w której przez tyle lat coś powoli ciekło, a nikt nie miał odwagi tego naprawić.