Syn od wiosny trzyma w moim garażu firmowego busa i narzędzia - «i tak nie jeździsz, mamo, garaż stoi pusty». W piątek dałam mu umowę najmu jak z ogłoszenia: garaż z prądem, trzysta złotych miesięcznie. Z dopiskiem: «wliczysz sobie w koszty»
Siedziałam przy stole w dużym pokoju i trzeci raz poprawiałam długopisem to samo słowo - „najemca". Wzór umowy wydrukowała mi dziewczyna w punkcie ksero przy Żeromskiego, resztę uzupełniłam sama, drukowanymi literami, jak kiedyś faktury w zakładzie.
Garaż murowany nr 14, z dostępem do prądu. Czynsz płatny do dziesiątego każdego miesiąca. Na dole, pod miejscem na podpis, dopisałam jeszcze jedno zdanie i długo patrzyłam, czy go nie skreślić.
Potem przypomniałam sobie tamten wrześniowy poranek z kurierem. I już nie skreśliłam.
Garaż kupił Zdzisław w dziewięćdziesiątym szóstym, kiedy spółdzielnia sprzedawała boksy za naszym blokiem na Ustroniu. Był z niego dumny jak z drugiego dziecka. Półki z puszkami po kawie pełnymi śrubek, stara wersalka pod ścianą, na której zdrzemnął się nie raz, kiedy ja myślałam, że dłubie przy Passacie.
Dwa lata temu Zdzisława pochowałam, a Passata sprzedałam jesienią. Prawo jazdy mam, ale po jego śmierci ręce mi się trzęsły na samą myśl o rondzie przy Słowackiego. Leży w szufladzie z paszportem.
W marcu przyjechał Tomek. Stanął w przedpokoju, nawet butów nie zdjął.
- Mamo, pod blokiem mi znowu lusterko urwali. Wstawię busa do taty garażu, co? I tak nie jeździsz, garaż stoi pusty.
Dałam mu drugi klucz, zanim skończył zdanie. Tak się robi, jak się jest matką. Nawet się ucieszyłam. Myślałam: będzie codziennie pod moim oknem, to i zajrzy. Na kawę, na zupę, na pięć minut.
Z kuchni na czwartym piętrze widać cały szereg garaży. Nauczyłam się jego godzin szybciej niż kiedyś rozkładu autobusów. Za dwadzieścia siódma brama w górę, bus wyjeżdża. Wieczorem, koło szóstej, wraca. Tomek wypakowuje wiadra z klejem, płytki, szlifierkę, ładuje akumulatory. Czasem machałam mu przez szybę. Podnosił rękę, nie podnosząc głowy.
- Wpadniesz na pierogi? Z kapustą, takie jak lubisz - wołałam przez balkon.
- Mamo, nie dziś. Mam jeszcze wycenę w Jedlni.
Policzyłam kiedyś, bo fryzjerka po trzydziestu latach za fotelem ma odruch liczenia wszystkiego - klientek, farb, minut. Od marca do września był u mnie na górze trzy razy. Raz po przedłużacz. Raz do łazienki. I na Wielkanoc, z Magdą i Zuzią, bo tak wypadało.
W czerwcu przyszło rozliczenie ze spółdzielni za prąd w garażu. Dopłata taka, jak za pół roku w całym moim mieszkaniu. Kompresor, ładowarki, grzejnik olejowy, który zostawił włączony na cały kwiecień.
- Oddam ci, mamo, serio. Przypomnij mi.
Nie przypomniałam. Głupio mi było przypominać własnemu dziecku.
W maju zaczepił mnie Roman z sąsiedniej klatki. Wziął nowe auto na kredyt, szkoda mu go trzymać pod chmurką. Czy bym nie wynajęła garażu? Zapłaci, ile teraz wszyscy biorą, trzysta miesięcznie.
- Zajęty. Syn trzyma busa.
- Aha. No tak. Rodzina - powiedział Roman i jakoś tak dziwnie na mnie popatrzył.
A potem przyszedł ten wrzesień. Wpół do ósmej rano dzwonek. W drzwiach kurier z paczką tak ciężką, że postawił ją na wycieraczce.
- W systemie mam ten adres jako magazyn firmy, a na garażu nikt nie otwiera.
Podpisałam. Paczka była z hurtowni, zawory i jakieś kształtki. Wieczorem, zamiast oglądać serial, wpisałam nazwę firmy syna w tablecie, tak jak nauczyła mnie Zuzia. Wyskoczyła rządowa strona z wpisem działalności. Adres główny - mieszkanie Tomka i Magdy na Gołębiowie. A niżej: „dodatkowe miejsce wykonywania działalności". Mój adres. Mój blok. Garaż nr 14.
Nikt mnie nie pytał. Nikt nie powiedział ani słowa.
I wtedy coś we mnie przestawiło się bardzo spokojnie, jak nożyczki, kiedy się je odkłada na blat. Dwadzieścia pięć lat prowadziłam własny zakład. Wiem, co to koszty uzyskania przychodu. Wiem, że firma, która ma magazyn, płaci za magazyn. Tak zwyczajnie, bez obrazy.
W piątek zeszłam do garażu, kiedy wrócił. Pod świetlówką czytał kartkę długo, poruszając ustami, jak w podstawówce. Potem się zaśmiał. Potem przestał.
- Mama, to jakiś żart?
- Nie.
- Ty ode mnie chcesz pieniądze? Za garaż taty?
- Nie od ciebie. Od firmy. Firma ma tu magazyn. Wpisałeś go do rejestru. Mnie się nie zapytałeś.
- Bo to formalność! Hurtownia chciała adres dostaw, co ja miałem…
- No to i to jest formalność - przerwałam. - Tam na dole masz napisane. Wliczysz sobie w koszty. Na tym wyjdziesz lepiej niż ja.
Patrzył na mnie jak na obcą kobietę. Złożył umowę na czworo, wsadził do kieszeni bluzy i odjechał. Busem. Bez słowa.
W sobotę zadzwoniła Magda. Głos miała zmęczony, nie złośliwy, i to było gorsze.
- Mamo, Tomek całą noc nie spał. Mama wie, ile my mamy tego kredytu? Myślałam, że mama jest po naszej stronie.
- Jestem, Madziu. Tylko chciałabym, żeby ktoś czasem był po mojej.
W poniedziałek o siódmej rano w skrzynce na listy leżała umowa. Podpisana, w obu egzemplarzach, bez karteczki. W środę na koncie trzysta złotych, tytuł przelewu: „Czynsz najem garaż nr 14 - październik". Dzień później drugi przelew, tytuł: „Wyrównanie prąd". Co do grosza, z czerwcowego rozliczenia. Pamiętał. Przez cały czas pamiętał.
Zapisałam sobie w kalendarzu, że do dwudziestego trzeba zapłacić podatek. Uczciwie. Skoro umowa, to umowa.
Bus dalej wyjeżdża za dwadzieścia siódma. Wraca koło szóstej. Tylko że teraz Tomek nie przychodzi na górę w ogóle. Ani po przedłużacz, ani do łazienki. Wczoraj stał przy bramie garażu dłuższą chwilę i patrzył w moje okno. Nie pomachałam. On też nie.
Lucyna z trzeciego mówi, że dobrze zrobiłam, że wreszcie ktoś mnie potraktował poważnie. Siostra z Kozienic, że za trzysta złotych sprzedałam syna. Roman kiwa mi głową na schodach z jakimś nowym szacunkiem.
A ja co miesiąc dziesiątego dostaję przelew na czas. Pierwszy raz od lat wiem dokładnie, ile jestem dla niego warta. Nie wiem tylko, czy właśnie to chciałam wiedzieć.