W lutym syn z rodziną wprowadzili się do mnie "na czas remontu po zalaniu - dwa miesiące, mamo". W maju syn powiedział, że remont skończony, ale "jeszcze schnie". We wrześniu wnuczka pochwaliła się, że "w naszym mieszkaniu mieszka teraz pani z pieskiem". Syn mówi, że to "na razie, żeby nie stało puste".
- Babciu, a wiesz, że w naszym mieszkaniu mieszka teraz pani z pieskiem?
Zuzia powiedziała to między jedną łyżką płatków a drugą, machając nogami pod stołem. Był wtorek, za dwadzieścia ósma. Smarowałam jej kanapkę do szkoły, a w łazience Grzegorz golił się przy odkręconym kranie, jak zawsze, jakby woda w moim bloku płynęła za darmo.
- Jaka pani, kochanie?
- No pani. Ma jamnika. Pestka się nazywa. Tata mówił, żebym nie mówiła, ale ty przecież nie jesteś obca.
Nóż z masłem zatrzymał mi się w powietrzu. Woda w łazience przestała lecieć. Przez chwilę słyszałam tylko lodówkę i chrupanie płatków. Zuzia była z siebie bardzo zadowolona - wiedziała coś, czego dorośli najwyraźniej nie chcieli wiedzieć.
Grzegorz wyszedł z ręcznikiem na szyi. Spojrzał na córkę, potem na mnie.
- Zuźka, buty. Spóźnimy się.
I tyle. Pięć minut później drzwi trzasnęły, a ja zostałam w kuchni z niedokończoną kanapką i kawałkiem zdania, które nie chciało mi wyjść z głowy. "Ty przecież nie jesteś obca."
W lutym wszystko wydawało się proste. Telefon wieczorem, zmęczony głos syna: sąsiad z góry, pęknięty wężyk od pralki, woda przez dwa piętra, sufit w pokoju małej do skucia, panele do wyrzucenia.
- Dwa miesiące, mamo. Ubezpieczyciel już był. Zmieścimy się u ciebie?
Zmieściliśmy się. Moje trzy pokoje na Retkini, w których od śmierci Zbyszka było za cicho, nagle zrobiły się za ciasne. Grzegorzowi i Magdzie oddałam duży pokój. Zuzia dostała ten z maszyną do szycia - przez trzydzieści lat byłam szefową zmiany w łódzkiej szwalni i maszyna stała u mnie jak relikwia. Sama przeniosłam się na wersalkę do najmniejszego, gdzie Zbyszek kiedyś trzymał rowery. Sześćdziesiąt sześć lat i znowu spałam jak na koloniach. Ale co tam. Dwa miesiące.
W maju Grzegorz przyszedł z pracy i oznajmił przy obiedzie:
- Skończone. Tylko jeszcze schnie. Wylewki, tynki. Nie wprowadzę dziecka w wilgoć, sama rozumiesz.
Rozumiałam. Kto by się kłócił z wilgocią? Zbyszek, świętej pamięci, zawsze powtarzał, że świeża wylewka schnie centymetr na tydzień. Policzyłam nawet w głowie i wyszło mi, że do wakacji powinno być po wszystkim.
W czerwcu Magda przywiozła ze swojego mieszkania trzy kartony z zimowymi rzeczami. "Żeby nie zawilgły", powiedziała, nie patrząc mi w oczy. W lipcu Grzegorz przestał jeździć po pracy na Widzew, "sprawdzić, jak schnie".
W sierpniu przyszedł rachunek za prąd, przy którym usiadłam na taborecie. Koperta z pieniędzmi, którą Magda na początku zostawiała na lodówce, pojawiała się coraz rzadziej, aż przestała się pojawiać wcale. Nie upominałam się. Wiedziałam, że u Grzegorza w firmie przewozowej od wiosny coś się sypie, że wraca szary na twarzy. Matka nie liczy dziecku chleba.
Ze skierowaniem do sanatorium w Ciechocinku zadzwoniłam do NFZ i przesunęłam termin. Ktoś przecież musiał odbierać Zuzię ze świetlicy.
Tamtego wtorku, kiedy zamknęły się za nimi drzwi, stałam długo przy wieszaku w przedpokoju. Na haczyku, obok mojego parasola, wisiał zapasowy klucz do ich mieszkania. Dali mi go kiedyś, żebym podlewała kwiatki, kiedy jeździli nad morze.
Nie użyłam go. Pojechałam dwunastką na Widzew, weszłam na trzecie piętro i zadzwoniłam.
Za drzwiami rozległo się zajadłe, cienkie szczekanie. Otworzyła mi młoda kobieta w dresie, z kubkiem w ręce, z rudym jamnikiem pod pachą.
- Dzień dobry. Pani w sprawie wodomierzy? Pan Grzegorz mówił, że ktoś ma przyjść.
Za jej plecami zobaczyłam nowe panele, jasne, ładne. Na futrynie do pokoju Zuzi wciąż były kreski ołówkiem - "4 latka", "5 lat", "6 lat". Na podłodze, przy tej futrynie, stała miska z wodą dla psa.
- Nie - powiedziałam. - To chyba w przyszłym tygodniu. Przepraszam.
Zeszłam na dół i usiadłam na ławce przed klatką. Pod lipą było ciepło, jakaś matka bujała wózek. Siedziałam z kluczem w dłoni i pierwszy raz od lutego nie wiedziałam, gdzie właściwie mieszkam.
Wieczorem, kiedy Zuzia już spała, położyłam klucz na stole w kuchni. Grzegorz popatrzył na niego, jakby to był list z sądu.
- Byłaś tam.
- Byłam. Ładne panele.
Milczał długo. Kręcił kubkiem po ceracie, w kółko, tak samo jak robił to w podstawówce, kiedy przynosił jedynkę z matematyki.
- W kwietniu zwolnili połowę kierowców - powiedział w końcu. - Mnie przyjęli z powrotem, ale na pół etatu, bez nadgodzin. Kredyt leci, mamo. Leci jak leciał. Magda wyliczyła, że jak wynajmiemy na rok, to spłacimy kawałek i jakoś złapiemy oddech.
- I nie mogłeś mi tego powiedzieć?
- A jak? - podniósł głos, zaraz go ściszył, zerknął na drzwi pokoju małej. - Że trzydzieści osiem lat, rodzina, a ja nie dźwigam? Tata by... Tata nigdy od nikogo nic nie brał.
W progu stanęła Magda, w piżamie, z rękami skrzyżowanymi na piersi.
- To był mój pomysł. Niech mama na niego nie krzyczy.
- Ja nie krzyczę - powiedziałam i dopiero wtedy zauważyłam, że to prawda. Nie miałam siły krzyczeć.
Bo przecież nie chodziło o pokój. Ani o prąd, ani nawet o Ciechocinek. Chodziło o to, że przez pół roku mój własny syn zarządzał mną jak trudnym sąsiadem z góry. Kombinował, co powiedzieć, żebym się nie zdenerwowała. Wymyślał wilgoć. A siedmioletnie dziecko uczył, że babci się pewnych rzeczy nie mówi.
- Do kiedy ta pani ma umowę? - zapytałam.
- Do końca czerwca.
Popatrzyłam na nich oboje. On wyglądał jak wtedy, z tą jedynką. Ona - jakby się szykowała do bitwy, której nie będzie.
- To do końca czerwca. Ale na moich warunkach. Rachunki po połowie, od tego miesiąca. W październiku jadę do sanatorium, a wy sobie radzicie ze świetlicą. I jeszcze jedno.
Grzegorz podniósł wzrok.
- Zuzia u mnie w domu nie będzie nosić żadnych tajemnic. Ani jednej. Rozumiesz?
Kiwnął głową. Magda opuściła ręce.
Następnego ranka, przy płatkach, Zuzia zapytała, czy Pestka mogłaby kiedyś do nas przyjść w odwiedziny.
- Na razie nie, kochanie - odpowiedziałam i sama się uśmiechnęłam, bo to było jego słowo.
Tylko że ja, w przeciwieństwie do jej taty, wiem dokładnie, do kiedy jest to moje "na razie".